Mój tekst w odcinkach, takie tam - moze ktoś z nudów poczyta...
Blog > Komentarze do wpisu
Czarnoksiężnik z Jukatanu cz.27

 

*

Czy mógł w jakikolwiek sposób przewidzieć, co może się stać? Czy mógł domyślać się chociażby, co już się wydarzyło? Nie mógł i dlatego właśnie szedł do Normana z takim spokojem. Względnym spokojem i z ułożonym z góry planem postępowania. Był pełen optymistycznych myśli. Teraz, kiedy wszystko pomiędzy Jennie i Jeysem już ułożyło się prawidłowo, wierzył głęboko, że podobnie dobrze ułoży się cała reszta. A zatem najpierw wyprostuje sprawy z synem. Pójdzie do niego i tak samo jak zrobiła to Jennie w palmowym zagajniku, Rean wyspowiada się przed Normanem. Powie mu wszystko, od początku do końca, szczerze i uczciwie, całą prawdę, nie przemilczając niczego. A potem pojedzie do Aen i zrobi dokładnie to samo: cała prawda, poczynając od Jethro, a na nocy z Jen skończywszy. Wystarczająco długo o jego przeżyciach nie wiedział nikt na świecie, by teraz, kiedy ostatecznie ma to wszystko już za sobą, kiedy te wszystkie rozdziały jego życia są definitywnie skończone, opowiedzieć o nich tym wszystkim, którzy tak wiele dla niego znaczą. Był pewny, że się uda, że szczera historia całego jego życia będzie wystarczająco mocnym argumentem, bronią, dzięki której zwycięży.
Na podwórze w Sallavatt wszedł zatem we względnie dobrym humorze. Pełen wiary we własne siły, wiary w łaskawy los. Bo czyż po tylu latach panowania tego, co złe, wszystko nie powinno było teraz ułożyć się dobrze?
Normana zauważył na tarasie, ale nie zwrócił jeszcze na razie uwagi, że coś w jego wyglądzie było nie tak. Nie zauważył tego nawet kiedy podszedł całkiem blisko. Jego syn przechadzał się tam i z powrotem nerwowym, szybkim krokiem. W ręku trzymał telefon satelitarny i Rean na moment zamarł, wyobrażając sobie, że Norman właśnie spełnił swój kassandryjski, obywatelski obowiązek i poinformował odpowiednie władze o miejscu ich pobytu. Ale to przecież nie mogła być prawda. Nie zrobiłby tego. Nie chodziło o Reana. Nie zrobiłby tego Jeysowi i Jenny.
- Norman – odezwał się, pełen dobrych chęci i pozytywnie nastawiony do wszystkiego. – Norman, synu...
- Tego ci nie daruję! – syknął chłopak, spoglądając na niego z nienawiścią i dopiero w tym momencie Rean zauważył, że twarz jego syna była dziwnie zmieniona, sztywna i pobladła. – Nie daruję ci Garetha!
Stanął jak wryty. Nie miał pojęcia o czym mówi Norman. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że jego starszy syn wspomniał już kiedyś swojego młodszego brata. Tak, mówił o nim, zarzucając Reanowi, że nie był dobrym ojcem.
- Norman, ja wiem... – zaczął Rean, ale ten przerwał mu ostro:
- Gówno wiesz! Gówno! Rozumiesz? Co możesz wiedzieć, skoro nigdy nie interesował cię nasz los! No, powiedz, co wiesz?!
Ten nagły wybuch złości Normana nie był czymś naturalnym. To z całą pewnością nie były pretensje spowodowane zadawnionymi urazami, jakie żywił do niego syn.
Gareth. Norman mówił właśnie o nim i Rean nie wierzył, by robił to bez powodu. Ogarnęły go złe przeczucia.
- Powiedz mi... – zaczął znów Rean, ale i tym razem Norman wpadł mu w słowo:
- Mają go. Mają Garetha! Zadowolony jesteś?! Mają go tylko dlatego, że jest twoim synem! Mama skontaktowała się ze mną... Dopiero co, kilka minut temu. Powiedziała mi, że przyszli po Garetha i... – Norman urwał i głos zadrżał mu wyraźnie. – Błagała mnie, żebym cię znalazł. Żebym powiedział ci, że ona cię błaga... Oni chcą ciebie. Oddadzą Garetha tylko w zamian za ciebie!
Rean poczuł, że przebiega go zimny, nieprzyjemny dreszcz. Jeszcze nie do końca zrozumiał, o czym mówi Norman. Dotarło do niego tylko to jedno, że coś złego stało się z Garethem, jego młodszym synem. Podszedł do Normana i bezwiednie, odruchowo opadł na krzesło naprzeciw niego.
- Co mu zrobili? – spytał cicho, zmienionym głosem.
- Kassandryjscy agenci zabrali go do Cesarfield! – Norman niemal wykrzyczał te słowa. – Zabrali go przez ciebie! Dlatego, że jesteś poszukiwany! Chcą w ten sposób zmusić cię... Ale chyba wiesz, co ja teraz zrobię? Domyślasz się, prawda? I wiesz, że nie mam wyboru...
- Wyciągnę go stamtąd! – przerwał mu Rean z mocą. – Słyszysz?! Nie pozwolę, żeby go skrzywdzili!
- Więc spiesz się, do cholery – szepnął Norman, patrząc na swojego ojca szklanym wzrokiem. – Spiesz się, bo lada chwila może być za późno. A jeśli ja wkroczę do akcji, dla ciebie z pewnością stanie się wtedy za późno. Nie zawaham się. Wiesz o tym.
- Wiem – powiedział, zerwał się z miejsca i ile sił w nogach pobiegł w kierunku palmowego zagajnika i Samotnej Skały. Należało znaleźć Jeysa, uprzedzić go, skłonić jego i Jen, żeby wracali do Maxa i tam się ukryli, a potem, nie tracąc czasu jechać do Cesarfield. Taki był plan działania i Rean niezwłocznie przystąpił do jego realizacji.
Piasek pryskał spod jego stóp, kiedy biegł przez plażę. Pot zalewał mu oczy, ale Rean nie zwracał na to uwagi. Biegł dalej, byle szybciej, byle prędzej zobaczyć się z nimi. Wydawało mu się, że Samotna Skała, majestatycznie pochylająca się nad wodami zatoki, nie przybliżyła się ani o stopę. Rean próbował powiązać jakoś ze sobą wszystkie myśli, które teraz tłoczyły się w jego głowie, ale ku jego rozpaczy nie widział z tej sytuacji żadnego sensownego wyjścia. Żadnego, poza tym jednym, że pojedzie do bazy i odda się w ręce władzy. Ale czy mógł mieć jakąkolwiek pewność, że wtedy Gareth będzie bezpieczny? Że wypuszczą go, pozwolą mu spokojnie wrócić do domu? „Nie”, pomyślał natychmiast. „Nie tylko nie puszczą go wolno, ale mogą nawet posunąć się dalej. Mogą użyć go, żeby szantażem wymusić na mnie zdradzenie miejsca pobytu Jeysa. A ja wtedy nie będę miał wyboru... Kurwa! To nie może tak być! Nie mogę oddać się w ich ręce i czekać na ciąg dalszy. Na   i c h   ciąg dalszy. Więc co? Jak to rozegrać?”. 
Poczuł, że zaczyna tracić pewność siebie. Powiedział Normanowi, że wyciągnie Garetha z opresji, ale teraz zdał sobie sprawę, że nie ma pojęcia, jak to zrobić. „Cesarfield nie jest duże”, przemknęło mu przez myśl. „Nie aż tak duże. Z dobrym uzbrojeniem i odpowiednim sprzętem może dałbym radę... Nie. Tu nie ma miejsca na może, tym razem muszę mieć pewność. Muszę wiedzieć, że z całą pewnością dam radę, bo w przeciwnym razie mój dzieciak przypłaci to życiem! Gdzież oni są, do cholery?!”
Rozejrzał się po palmowym zagajniku. Było tu jednak pusto. Ani śladu Jeysa i Jennie. „Jasne! Przecież nie tutaj! To nie ich miejsce. Są przy Samotnej Skale”, pomyślał i nie tracąc czasu pobiegł w tamtym kierunku.
Ale pod Samotną Skałą zastał tylko Jennie.

 

KONIEC CZĘŚCI V

 

środa, 30 czerwca 2010, kulkakurd

Komentarze
2010/06/30 20:19:30


.... to co mam, to co sie zdarzyło nam...


.... byle sie nigdy nie skończyło, to wszystko co od Ciebie mam... *