Mój tekst w odcinkach, takie tam - moze ktoś z nudów poczyta...
Blog > Komentarze do wpisu
Czarnoksiężnik z Jukatanu cz.26

Jeys roześmiał się cicho. Już podjął decyzję. Wydał wyrok. A Rean ciągle jeszcze nie wiedział na którego z nich. I Rean się bał. Tak, Jeys wiedział to z całą pewnością. Rean Noyes bał się, stojąc w obliczu śmierci, choć próbował wmówić mu, że tak nie jest. „Nic nie dało ci rady”, pomyślał, patrząc na niego. „Wychodziłeś zwycięsko z każdej opresji. A teraz okazało się, że załatwi cię ten poczciwina, o którym zawsze mówiono, że brzydzi się zabijaniem. Kiedy to było? Kiedy miałem taką chwalebną reputację? Jak cholernie dawno temu. A teraz ty stoisz tu przede mną i boisz się, Rean.”
- Jak miło patrzeć na twój strach – powiedział przyciszonym głosem.
- Ale to nie jest strach, Jeys. Jeśli czegokolwiek jeszcze się teraz boję, to z pewnością nie śmierci.
- I słusznie, bo to nie na ciebie – powiedział Jeys nagle i opuścił broń.
- O czym ty mówisz? – Rean zniżył głos. Patrzył mu w oczy.
- Nie pamiętasz? Nie przypominasz sobie, co ci powiedziałem u Maxa? Wysil pamięć, Rean. Powiedziałem, że przystawię sobie pistolet do głowy i strzelę, jeśli ona wybierze ciebie.
- Więc możesz sobie nie przystawiać, bo nie wybrała mnie – odezwał się spokojnie, z lekką ulgą w głosie.
- Mam ci uwierzyć? Po tym wszystkim? Nie bądź taki szlachetny i nie lituj się nade mną. Nie potrzebuję twojej pierdolonej litości! I nie próbuj stosować prymitywnych psychologicznych chwytów, żeby mnie odwieść od tego, co zamierzam zrobić. Ja już podjąłem decyzję. Wydałem wyrok. I nic ci do tego. Ani tobie, ani nikomu innemu. Zostaw mnie w spokoju! Wszyscy zostawcie mnie w spokoju! – Jeys odwrócił się i chciał odejść, ale w tej samej chwili Rean dobrze odmierzonym skokiem rzucił się na niego. Jedną ręką chwycił za przegub dłoni, w której Jeys trzymał broń, błyskawicznym ruchem chwycił pistolet i odrzucił go daleko od siebie. Jednocześnie podciął mu nogi i powalił go na piasek, na plecy. Przycisnął mu klatkę piersiową kolanem i jednym mocnym chwytem skutecznie unieruchomił mu ręce nad głową. Jeys szarpnął się parę razy, ale wobec niekwestionowanej przewagi Reana dał spokój.
- I co ty wyprawiasz, głupi kutasie! – warknął Rean. – Chyba całkiem ci odbiło!
- A tobie co do tego?! – syknął Jeys.
- Jaja sobie odstrzel, a nie głowę! Jeszcze raz powtarzam ci, że ona nie wybrała mnie! Rozumiesz? Dociera to do ciebie?
- Puść mnie!
- Tak, ale najpierw utniemy sobie małą pogawędkę. Skup się, Jeys, bo nie będę powtarzał dwa razy. Jennie wybrała ciebie. Ciebie, rozumiesz? I nie zrobiła tego dzisiaj. Ani wczoraj. Ani nawet piętnaście lat temu. Wybrała cię tamtego dnia, przy Samotnej Skale, kiedy złapała was ulewa. I od tamtej pory nikt nigdy nie zajął twojego miejsca, choć po pozorach można by sądzić inaczej. Rozmawiałem z nią dopiero co i wszystko mi powiedziała. Jak na tak zwanej „świętej spowiedzi”. Ona cię kocha, Jeys! I cholernie boi się, że znów cię straci. I że jej nie wybaczysz. Szczególnie tej ostatniej nocy.
- Kocha mnie, co?! – warknął Jeys. Wściekłość aż kipiała w jego głosie. – Kocha mnie i dlatego pieprzyła się z tobą?! Niemalże na moich oczach! Piękna miłość!
- Ty naprawdę niczego nie pojmujesz? Nie przychodzi ci do głowy dlaczego to zrobiła? Powiem ci, Jeys. Odegrała się za to, że spałeś z Aen! I to był jedyny motyw jej postępowania, ale bardzo szybko doszła do wniosku, że jednak nie było warto. Ale stało się i wiesz co? Zastanów się lepiej, jak mocno musiało ją to zranić, skoro zdecydowała się w akcie zemsty wpuścić do łóżka faceta, do którego czuje tylko i wyłącznie zwyczajną sympatię! I wiesz co jeszcze myślę, Jeys? Że tylko dzięki temu, że zdobyła się na coś takiego, będzie w stanie wybaczyć ci tę sprawę z Aen. Tylko dzięki temu, że sama już teraz wie, jak to jest. Poza tym... W gruncie rzeczy to wcale nie była jej wina. To ja sprowokowałem całą tę sytuację. Przecież znasz mnie, wiesz jaki jestem. Korzystam z każdej okazji, jaka mi się trafi. A to była okazja. Wykorzystałem sytuację, ale to nie była wina Jen – Rean mówił szybko, patrzył Jeysowi prosto w oczy, choć tylko on wiedział, ile go to kosztowało.
- To interesujące – odezwał się Jeys lodowato – z jakim zaangażowaniem usprawiedliwiacie się nawzajem i bierzecie na siebie całą winę.
- Przestań pierdolić, tylko zacznij w końcu działać! Wiesz, co zrobiłby na twoim miejscu prawdziwy facet? Zamiast wymachiwać sobie pukawką przed mózgiem, poszedłby do dziewczyny, wziąłby ją w ramiona i już nie pozwolił odejść.
- Puść mnie – powtórzył. – Udowodniłeś już, że jesteś silniejszy ode mnie. Zawsze byłeś. Zawsze byłeś lepszy. A teraz mnie puść!
- Czy ty słuchasz, co ja do ciebie mówię?
- A ty?
- Puszczę cię, jeśli obiecasz, że będziesz grzeczny, że będziesz zachowywał się spokojnie. I jeśli chcesz... Przypierdol mi, jeśli ci to ulży – powiedział i zaczął powoli zwalniać uścisk. Ciągle trzymając za przegub dłoni Jeysa, podniósł się i pomógł mu wstać. Jeys otrzepał ubranie i spojrzał na niego spode łba.
- Rusz się, Jeys i idź do niej!
- Nie będę się narzucał i pchał się tam, gdzie mnie nie chcą.
- No nie, ja z tobą za chwilę, kurwa, zwariuję! Ona tam na ciebie czeka!
- Powiedziała ci to? – spytał powoli, patrząc na niego uważnie.
Rean milczał przez chwilę. „Nie musiała mi tego mówić”, pomyślał. „Każdy kretyn wyczytałby to z jej twarzy i oczu.”
- Tak – odezwał się. – Powiedziała mi.
Jeys na moment opuścił wzrok. Potem znowu spojrzał na Reana.
- Jeśli kłamiesz... - zaczął, ale tamten przerwał mu całkowicie spokojnym i rzeczowym tonem:
- Wypierdalaj, Jeys. Skup się i czytaj z moich warg: w tył zwrot i won pod Samotną Skałę do swojej dziewczyny, która tam czeka!
Patrzył na niego jeszcze przez chwilę, a potem bez słowa odwrócił się i odszedł w stronę widocznego w oddali megalitu. Rean podszedł do rewolweru, leżącego na piasku, schylił się i podniósł go.
- W łeb chciał sobie strzelić, kutas pojebany! – mruknął do siebie, a potem pomyślał: „Tę kwestię mamy już z głowy. Teraz kolej na Normana.”



*


Miał bardzo niewiele czasu, żeby spokojnie pomyśleć. A właściwie, żeby przemyśleć starą kwestię zupełnie od nowa. Czy powinien wierzyć słowom Reana? Czy powinien teraz wierzyć w czyjekolwiek słowa? Jennie go zdradziła. Zrobiła to w perfidny, wyrachowany sposób. Czy dla takiego postępowania istnieje jakiekolwiek wytłumaczenie? Czy może istnieć usprawiedliwienie? „Przecież nie dalej, jak kilka godzin temu sama przekonywała mnie, że na braku zaufania nie można niczego budować”, pomyślał. „Co mi powie teraz? Zmieni zdanie? Znajdzie wiarygodne, wystarczająco mocne usprawiedliwienie?”
Piasek pod jego stopami był tego dnia wyjątkowo grząski. Samotna Skała z niewzruszonym spokojem tkwiła na swoim stałym miejscu, widoczna już z daleka. „Jak długo? Jak długo wznosi się tutaj ten megalit? Odporny na wszystko, twardy, szorstki, niedostępny, niczego nie odczuwający. Od milionów lat patrzący na ten sam skrawek ziemi. Samotna Skała, która nie mogłaby umrzeć, nawet gdyby bardzo pragnęła. Skała, która może tylko czekać na zagładę. Więc może w gruncie rzeczy nie powinienem jej zazdrościć? Może nie powinienem, bo przecież ja mam wybór. Ten najważniejszy – mogę umrzeć, kiedy zechcę. Chyba, że akurat napatoczy się Rean Noyes i mnie powstrzyma”, pomyślał ironicznie. „Właśnie on. Cynizm losu nie zna granic”.
Zobaczył palmowy zagajnik. Palmowy zagajnik Reana. „Po co ja tam idę? Przecież nie jestem w stanie jej wybaczyć. Pozwoliła, żeby ją dotykał! Wtedy, kiedy ja byłem tak blisko! Pozwoliła, żeby robił z nią te wszystkie rzeczy, które...”.
Zatrzymał się. Przed nim wznosił się majestatycznie ogrom jego Samotnej Skały. Megalit patrzył na niego wyzywająco, z ironią. „Wybaczyłem to wszystko, co robiła, kiedy była przekonana, że nie żyję. Nie miałem prawa nie wybaczyć. Wtedy tylko nie uszanowała mojej pamięci, ale to przecież nic nie znaczy. Nie mam prawa osądzać. Przecież nie wiem, co wtedy mogło dziać się w jej głowie. Może traktowała to jako formę terapii? Więc to wszystko wybaczyłem. Ale nigdy nie pogodzę się z tym, co zrobiła ostatniej nocy. Nigdy. Czegoś takiego nie można wybaczyć. Nie pójdę tam. Niech pójdzie Rean. Jak ona śmie mówić, że mnie kocha?! Jakim prawem, po tym, co mi zrobiła?! Nie pójdę tam!”
Po raz ostatni spojrzał na Samotną Skałę i zawrócił w kierunku zabudowań Sallavatt. Ale nie wiedział jeszcze, co zrobi, kiedy już się tam znajdzie. „Niech mi Rean nie mówi, jak mam postępować. To nie jego sprawa. Pewnie zżerają go wyrzuty sumienia i teraz próbuje robić wszystko, żeby zatrzeć ślad po tym, co się stało. Powinienem teraz pojechać po Aen, przywieźć ją tutaj i na oczach Jen...
To Aen jest wszystkiemu winna. Nie powinna się wtrącać. Nie powinna załatwiać moich spraw za mnie. Max ma rację, że trzyma się z daleka od kobiet. Tak, myślę, że facet faceta nie jest w stanie zranić tak, jak może zranić kobieta. Nie pójdę do Jennie. Wiem, jak skończyłoby się moje spotkanie z nią teraz. Tylko wymówkami i wzajemnymi oskarżeniami. Nie pójdę. Muszę poukładać sobie to wszystko w głowie. Muszę oswoić się z tym. Mam prawo. Jennie miała tak dużo czasu na uporanie się z myślą o mnie i Aen. A ja? Ile czasu mnie dano? Kilka godzin. Dlatego nie pójdę do niej. Jeśli mnie kocha, zrozumie to”.
„Nie zdradza się kogoś, kogo się kocha”, przemknęło mu przez głowę. „I przyjaciela też się nie zdradza. Zwłaszcza w taki sposób. Jak mam teraz traktować Reana? Okazać fałszywą wielkoduszność i przejść nad tym do porządku dziennego? Uznać, że nic się nie stało albo obarczyć winą tylko ją? Bo w gruncie rzeczy Rean ma trochę racji. Korzysta z każdej okazji, a Jennie takiej okazji mu dostarczyła. Bardzo wątpię, że on poszedł do niej z własnej woli, tak zwyczajnie, bez zaproszenia i że zaciągnął ją do łóżka. Przecież ja go znam, a już z całą pewnością miałem okazję poznać go ostatnimi czasy. Nie, nie wydaje mi się, żeby Rean działał z premedytacją. Ale skoro rozgrzeszyłbym jego, to musiałbym obwinić o wszystko Jen. Błędne koło.
Pójdę do niej, ale jeszcze nie teraz. Muszę dać sobie jeszcze trochę czasu na przemyślenia. Za szybko to wszystko się dzieje. Zbyt szybko jak dla mnie. Zawrócę i znajdę sobie jakieś spokojne miejsce, gdzie będę mógł poukładać sobie to wszystko w głowie. Jeszcze raz, od początku. Muszę, bo teraz nie wiem, co robić i jak z nią rozmawiać. Zwyczajnie nie wiem, a boję się, że znów jakimś jednym niepotrzebnym słowem wszystko zepsuję. Tym razem to nasza ostatnia szansa i nie mogę jej zmarnować. Jeśli nie dogadam się z Jennie teraz, to nie zrobię tego już nigdy. Tak, tutaj, w Sallavatt to wszystko się zaczęło i tutaj musi zacząć się i tym razem. Przemyślę wszystko, spokojnie i powoli. Ona musi to zrozumieć i musi na mnie poczekać. A ja jestem pewny, że poczeka. Nie może być inaczej. Po prostu nie może."

środa, 30 czerwca 2010, kulkakurd