Bliskie spotkania trzeciego stopnia, czyli kosmici kontra miliarderzy - special edition dla OB.
Do wyjazdu pozostało zaledwie cztery dni. Klimat na Jukatanie miał być zgoła odmienny niż u podnóża gór w Kanadzie, dlatego Jennie postanowiła zawczasu skompletować trochę potrzebnej garderoby. Poza tym musiała się czymś zająć, choć na chwilę oderwać myśli od tych wszystkich dręczących ją problemów. Był wtorkowy ranek, kiedy zdecydowała wybrać się na zakupy. Aen nie chciała jej towarzyszyć, przeprosiła, mówiąc że nie czuje się najlepiej, więc Jennie była zmuszona odbyć samotną wyprawę na zakupy do miasteczka. Samotne zakupy nie okazały się jednak aż tak pasjonującym sposobem spędzania czasu, jak myślała. Z przyjaciółką u boku byłoby znacznie przyjemniej, ale samotne wybieranie ciuszków nie sprawiło jej żadnej przyjemności, dlatego załatwiła sprawunki niemal w błyskawicznym tempie, kupowała cokolwiek - skoro nie miała się kogo poradzić, było jej wszystko jedno co kupuje. Nie chciała jednak wracać tak szybko do domu, szczególnie, że skoro Aen powiedziała, że nie jest w najlepszej formie, należało pozostawić ją w spokoju, a wizja nudnego, samotnego popołudnia skutecznie zniechęciła Jennie do powrotu.
Nie zastanawiając się wiele postanowiła wpaść na jedno piwo do niedużego baru, który zauważyła już jakiś czas temu, ale nie nadarzyła się jeszcze okazja, by go odwiedzić. Zresztą nie miała zbyt dużego wyboru. Poza tym niewielkim barem, w miasteczku była tylko ta knajpa, gdzie nie tak dawno temu dawała swoje niechlubne popisy i gdzie tak bezkompromisowo została oceniona przez złośliwego barmana. Wolała więc trzymać się od tego miejsca z daleka. Chciała usiąść i w spokoju zrelaksować się nad szklanką dobrego złocistego napoju, a w tamtej knajpie mogła znów narazić się na niewybredne komentarze barmana.
Zaparkowała samochód przed niedużym barem i weszła do środka. Lokal okazał się całkiem miłym miejscem, dlatego nie zdziwiła się, że większość stolików była już zajęta. Tym bardziej, że nie było ich tu wiele. Miała jednak szczęście, bo wypatrzyła dla siebie dogodne miejsce - tak jak zawsze lubiła, przy oknie. Zamówiła piwo przy barze i poczekała aż człowiek za kontuarem naleje, żeby nie fatygować go przynoszeniem trunku do jej stolika. Zapłaciła od razu.
Usiadła i spróbowała piwa - okazało się zupełnie do rzeczy, co było niewątpliwie kolejnym atutem tego sympatycznego miejsca - a potem zaczęła obserwować rzeczywistość za barowym oknem. Patrzyła na ludzi, którzy niespiesznie przemierzali ulice, na niewielki w tej mieścinie ruch samochodowy i pomyślała, że czas w takich miejscach w jakiś niepojęty sposób płynie inaczej niż w betonowych molochach, gdzie każdy anonimowo i do bólu indywidualnie stara się w możliwie jak największym pośpiechu przeżyć swój czas, zwany potocznie życiem. Przed barem był nieduży parking dla klientów, pustawy - poza jej samochodem zaparkowane były tu tylko dwa inne auta, co biorąc pod uwagę ilość zajętych stolików w lokalu, nie było imponującą liczbą. Po drugiej stronie szosy był drugi, nieco większy parking - ten należał do jedynego w tym miasteczku centrum handlowego, gdzie mieściła się większość miejscowych sklepików oraz dodatkowo spory supermarket spożywczy. Parking przed centrum handlowym również nie był zatłoczony.
Bez specjalnego zainteresowania patrzyła jak na parking przed barem zajechał luksusowy samochód, terenówka, jakich nie spotyka się na każdym skrzyżowaniu, a z pewnością nie w takich podgórskich mieścinkach. Obojętnym wzrokiem patrzyła, jak następnie wysiadł z niego młody, dobrze zbudowany facet. Był przystojny, ale coś w jego twarzy, a może i w całej sylwetce było nie tak. Zobaczyła, że zmierza do baru. Odprowadziła go wzrokiem do drzwi, a potem spojrzała w ich stronę, już tu, we wnętrzu.
Wszedł. Niespiesznym krokiem skierował się do kontuaru, powiedział coś do barmana, a potem odwrócił się i ogarnął wnętrze uważnym spojrzeniem. Zawahał się, jakby dopiero teraz coś zauważył i miała wrażenie, że coś jeszcze chciał powiedzieć do barmana, ale nie zrobił tego jednak. Ku jej zaskoczeniu wzrok tego człowieka spoczął właśnie na niej. Nie odwróciła głowy. Przez chwilę przemknęło jej przez myśl, że to któryś z tych dupków, myślących że mogą w łatwy i bezczelny sposób poderwać siedzącą samotnie dziewczynę. Kiedy zaczął powoli zbliżać się w jej stronę, była już gotowa przyjąć wyzwanie i powiedzieć mu wprost i bez ogródek, co myśli o facetach jego pokroju.
- Przepraszam najmocniej, czy można się dosiąść? - zapytał, kiedy podszedł i ku jej ponownemu zdumieniu zabrzmiało to uprzejmie. - Nie ma wolnych miejsc - dodał z lekkim zakłopotanie, bo milczała.
Dopiero teraz oderwała od niego wzrok i obrzuciła nim wnętrze niewielkiego lokalu. Rzeczywiście, wszystkie stoliki były już zajęte, a ten jej pod oknem mógł wyglądać dla tego człowieka najbardziej zachęcająco. Z roztargnieniem skinęła głową.
- Tak, proszę... - powiedziała.
- Dziękuję - skinął głową, znów bardzo uprzejmie i zajął miejsce.
Barman - najwyraźniej pełniący tu również rolę kelnera - po chwili przyniósł mu kawę. Jennie znów przeniosła wzrok na ulicę i parking przed centrum handlowym.
"Świetnie" - pomyślała. - "Facet delektuje się kawką, a ja żłopię browara. To musi interesująco wyglądać dla kogoś patrzącego z boku."
- Ja jeszcze raz przepraszam, ale złożyłem już zamówienie, kiedy zorientowałem się, że wszystkie stoliki są zajęte - wyrwał ją z zamyślenia jego głos.
Spojrzała na chłopaka. Tak jak już wcześniej zauważyła był przystojny, ale miał w oczach jakieś dziwne zmęczenie, czy może smutek. Ubrany był ze smakiem i w markowe ciuchy. Kątem oka dostrzegła zegarek. "Rolex, albo podróbka" - pomyślała. - "Choć patrząc na to czym przyjechał, raczej oryginał".
- Nic nie szkodzi - odezwała się. - Nie przeszkadza mi.
- Nie jesteś stąd - odezwał się znów.
- Nie - powiedziała po chwili. - A po czym to poznać? - zapytała jeszcze czując się w obowiązku jakoś podtrzymać uprzejmą konwersację, żeby ten chłopak nie pomyślał, że jest jakąś wyniosła księżniczką, ignorującą innych ludzi.
- Po akcencie - odparł krótko. - Przepraszam, chyba się jeszcze nie przedstawiłem. Michael van Horn - powiedział, obserwując jej twarz, żeby sprawdzić, jakie wrażenie to na niej zrobi. Nazwisko van Horn było znane, przynajmniej na Wschodnim Wybrzeżu. Spodziewał się więc reakcji w rodzaju: "T e n van Horn?", ale nic takiego nie nastąpiło, a twarz dziewczyny pozostała tak samo obojętna, jak do tej pory. "Rzeczywiście, sądząc po akcencie, nie jest ze Wschodniego Wybrzeża" - stwierdził w myślach.
- Miło mi, Mike - powiedziała.
- Michael - sprostował. - Nikt już nie nazywa mnie "Mike". Kiedyś w dawnych czasach zdarzało się to mojemu przyjacielowi, ale teraz obaj już z tego wyrośliśmy. A ja tobie na imię?
- Mam na imię... - zawahała się. Aen nie była zadowolona, kiedy Jennie przedstawiała się prawdziwym imieniem. - Mam na imię Erin - powiedziała. Jej nowe fałszywe imię z fałszywych papierów. - A ty też nie miejscowy? - spytała.
- Nie. Przyjechałem na kilka dni, z przyjaciółmi.
- A gdzie twoi przyjaciele?
- Zostali w domu. Musiałem trochę od nich odpocząć - dodał. - Czasami bywają nieznośni.
- Tak - potwierdziła lekko zamyślona. - Przyjaciele bywają czasami nieznośni.
- Twoi też? - zapytał tym razem z lekka nutka pogody w głosie. - Ty też wyrwałaś się na chwilę, żeby od nich odpocząć?
- Coś w tym stylu - uśmiechnęła się.
Niemal jednocześnie odwrócili głowy w stronę barowego kontuaru, skąd dał się słyszeć odgłos jakiegoś zamieszania. Zobaczyli dwoje starszych ludzi o wyraźnie azjatyckich rysach twarzy, którzy za wszelką cenę usiłowali wytłumaczyć coś barmanowi, pokazując mu coś w niewielkiej książeczce, jaką mężczyzna trzymał w dłoni. Barman bezradnie rozkładał ręce i usłyszała jak mówi raz po raz: "Bardzo mi przykro, ale na prawdę nie rozumiem". Zauważyła, że ten chłopak - Michael - zmarszczył brwi i przysłuchiwał się perorującym w dziwnym języku starszym ludziom.
- Przepraszam cię na moment - powiedział w pewnej chwili i podniósł się z miejsca. Podszedł do lekko już zdenerwowanej starszej pary i powiedział coś zwracając się wprost do nich. Zobaczyła jak oblicza Azjatów rozjaśniają się w promiennym uśmiechu, a zaraz potem wszyscy troje zaczęli rozmawiać. Jennie zdołała usłyszeć, że rozmawiają w tym osobliwym języku, który brzmiał jak chiński albo japoński. Po kilku minutach wszyscy uścisnęli sobie dłonie, a Michael odprowadził kłaniających mu się ciągle z uśmiechem staruszków do drzwi. Kiedy wrócił do stolika odezwał się:
- Starszy pan zgubił paszport. Pytał o biuro rzeczy znalezionych, ale to chyba nie najlepszy pomysł. Poradziłem, żeby udali się do najbliższego komisariatu, albo zadzwonili do swojego konsulatu w Kanadzie... - przerwał i wyglądał jakby rozważał coś w myślach. - Na komisariacie się też nie dogadają - powiedział wreszcie. - Chyba powinienem był pójść z nimi...
- Japończycy? - spytała.
- Chińczycy - odpowiedział. - Powinienem był pójść z nimi na ten komisariat - powtórzył.
- Rozmawiałeś z nimi po chińsku? - spytała spokojnie, patrząc na niego z uwagą.
- Ach, to... - machnął ręką. - Tak. Uczyłem się... Znam trochę chiński...
- Chiński - powtórzyła. - A czy ty przypadkiem nie jesteś... - chciała zapytać: "kassandryjczykiem", ale w porę uświadomiła sobie, że tego typu pytanie nie należało, delikatnie mówiąc do standardowych.
- Tak - odparł, a ona spojrzała na niego zaskoczona. - Pewnie słyszałaś o Arturze van Horn. To mój ojciec.
Przyglądała się mu trochę bezmyślnie, bo nie miała pojęcia o jakim Arturze, który był jego ojcem, mówił ten chłopak. Wyglądało jednak na to, że był kimś znanym i to właśnie chciał dać jej do zrozumienia. Po chwili Jennie przypomniała sobie, że Michael podjechał tu luksusowym jeepem, nosił Rolexa i ubrany był w markowe ciuchy. "Pewnie synalek jakiegoś znanego przemysłowca" - pomyślała z niechęcią, która właściwie była całkowicie nieuzasadniona. Chłopak był uprzejmy i wydawał się być miły. "Jakie problemy może mieć taki jak on?" - pomyślała. - "Pewnie tylko to, jakiego koloru terenówkę powinien kupić. Czarną czy srebrną? Cholera, ale dylemat, doprawdy współczuję" - spojrzała na niego przelotnie, z ironią. - "Co też ten biedny chłopiec musi przezywać, kiedy w salonie pełnym terenówek uświadamia sobie, że tak na prawdę nie wie, która podoba mu się najbardziej."
- Może wydam ci się wyjątkową idiotką, ale nie, nie słyszałam o Arturze van Horn. Przykro mi - dodała i wyczuł w jej głosie chłód.
- Myślałem, że... - zaczął. - Zresztą nieważne. To nie ma tak na prawdę znaczenia.
- A co ma znaczenie? - zapytała.
Zastanawiał się przez chwilę. Patrzył przy tym na nią uważnie, tak jakby poddawał ją jakiejś swoistej analizie rozgrywającej się w jego świadomości. "Jest ładna" - pomyślał. - "Powinna być tu z chłopakiem. Ach, myślę, że wiem. Pewnie się pokłócili. Pewnie naraził się jej, bo nie tak jak trzeba spojrzał na inną dziewczynę. Bo w ogóle spojrzał. Tak, myślę że wiem jakie problemy może mieć ktoś taki jak ona. Obrazić się na swojego faceta i pójść samotnie do baru, czekając aż on przybiegnie tu za nią i przeprosi za coś czemu nie jest winien. Myślę, że wiem jakie życie ona prowadzi. Pewnie nie ma pojęcia o prawdziwym cierpieniu, o bólu, strachu i nocnych koszmarach, które są ich konsekwencją. Pewnie dorastała szczęśliwie w swoim różowym dziewczęcym pokoiku, który urządzili dla niej kochający rodzice i jedyny prawdziwy dylematy, jaki miała w życiu, to co powinna założyć na bal maturalny, żeby rzucić na kolana możliwie największą liczbę chłopaków.."
- Znaczenie ma to - odezwał się w końcu, biorąc głęboki wdech i tak na prawdę nie licząc na to, że ona zrozumie choć słowo z tego, co zamierzał powiedzieć - żeby móc realizować w życiu swoje pragnienia. Od tego bym zaczął. Znaczenie ma to, żeby nie być zmuszonym do dokonywania bezsensownych wyborów, z których każdy okazuje się zły, bo prowadzi do cierpienia, własnego lub czyjegoś, a może nawet do śmierci. Znaczenie ma to, żeby nigdy nie musieć się bać, żeby nie czuć tego panicznego strachu, który... - przerwał, uświadomiwszy sobie, że nieco się chyba zagalopował.
- Ale musisz przyznać, że Hemingway miał racje, kiedy stwierdził, że kiedy człowiek się boi wtedy wie, że żyje. I wtedy, kiedy stoi w obliczu śmierci... - powiedziała, a zaraz potem pomyślała: "Co on może o tym wiedzieć?"
"Co ona może o tym wiedzieć?" - pomyślał Michael van Horn, ale już bez tego twardego przekonania, jakie jeszcze przed kilkoma chwilami tkwiło w jego umyśle. Nie był już tak bezwzględnie pewny, że ta siedząca przed nim, ładna dziewczyna, to tylko pusta panienka ciesząca się urokami życia. W jej wzroku było coś, co intrygowało, a sposób, w jaki się wyrażała, skłaniał do głębszej refleksji nad jej osobą. "Kim ona może być?" - zastanowił się w końcu.
"Jesteś Kassandryjczykiem, czy nie?" - rozważała w tym samym czasie Jennie. - "Szkoda, że nie mogę cię jednak o to zapytać... Uroki ogólnoświatowej konspiracji" - pomyślała z drwiną.
Kończyła dopijać swoje piwo i pomyślała, że ma ochotę na kolejne, ale po pierwsze nie wyglądało by to najlepiej - w oczach faceta, który przyszedł do baru po prostu na kawę, musiałoby to wyglądać nie najlepiej. Po drugie przyjechała samochodem i gdyby wypiła więcej mogłoby znowu skończyć się awanturą z Aen, a przyjaciółka mogłaby w przyszłości nie dać jej już więcej kluczyków. Z westchnieniem wypiła ostatni łyk.
- Muszę lecieć - rzuciła, podnosząc się z miejsca.
- Poczekaj - powiedział chłopak, chyba trochę wbrew sobie i wbrew swoim własnym myślom i wyobrażeniom. - Może... jeszcze jedno piwo?
Uśmiechnęła się z pobłażaniem.
- Może tym razem to ty powinieneś się napić. Ja już swoje piwo skończyłam. Poza tym przyjechałam samochodem i...
- To może coś innego?
- Dziękuję, ale na prawdę muszę już lecieć.
- Zostaję tu jeszcze kilka dni - powiedział, a ponieważ dziewczyna wstała z miejsca, on wstał także. Dobre wychowanie nie pozwalało mu rozmawiać z nią na siedząco, kiedy ona stała. - Może spotkamy się, jutro albo pojutrze?
- To nie jest dobry pomysł - odpowiedziała. - Oczywiście jesteś bardzo miłym człowiekiem, ale ja na prawdę muszę odmówić. I nie pytaj mnie dlaczego.
- Ale gdybyś jednak zmieniła zdanie... - sięgnął do portfela i wyjął z niego wizytówkę. - Możesz zadzwonić, jeśli tylko będziesz miała ochotę na rozmowę.
- Jeszcze raz dziękuję, ale nie wezmę tej wizytówki. Gdybym ja wzięła to byłoby kłamstwo, bo ja nie zamierzam zmienić zdania i dzwonić do ciebie. Nie miej mi za złe... Powodzenia - dodała i odeszła w stronę drzwi.
Obejrzał się, odprowadzając ją wzrokiem, a potem patrzył jak wsiada do niedużego jeepa, jak wycofuje go z miejsca parkingowego i odjeżdża.
"Szkoda" - pomyślał tylko.