|
Mój tekst w odcinkach, takie tam - moze ktoś z nudów poczyta...
Blog > Komentarze do wpisu
EPILOG cz.III
Ocknął się równie nagle, jak nagle zapadł w sen z pogranicza utraty świadomości. Ból w całym ciele kąsał przeraźliwe, do tego doszedł jeszcze jeden - rozsadzający czaszkę tępym pulsowaniem. Rozejrzał się dokoła, ale Reana nie było obok. Wtedy dotarło do niego, że Reana już nigdy nie będzie obok. Powróciła świadomość rzeczywistości. Przypomniał sobie, że kiedy stracił przytomność maszynę prowadził autopilot. Rzucił okiem na wskazania przyrządów. Poziom paliwa był niski. Zbyt niski. Siegnął do komputera pokładowego i wszedł w opcje satelitarnego namierzania lokalizacji - coś w rodzaju GPS-a, tyle że o trochę bardziej zaawansowanych technicznie możliwościach. Po chwili miał już swoje współrzędne. Wprowadził współrzędne lądowiska - posiadłości Rosco. Przełknął ślinę. Komputer wskazywał, że minął rezydencję jakieś czterdzieści minut temu... Jeszcze raz spojrzał na poziom paliwa. Miał wrażenie, że nie starczy go by zdołał dotrzeć na miejsce, ale nie potrafił stwierdzić tego z całą pewnością. Na wszelki wypadek wyrównał pracę silnika, tak by zużycie paliwa było najbardziej ekonomiczne. Wiedział, że to zwolni nieco prędkość śmigłowca, ale nie miał wyjścia. Wiedział, że wolniejszy lot może oznaczać, że wykrwawi się zanim dotrze na miejsce. Ale jeśli przyśpieszy lot, przyśpieszy też zużycie paliwa, a wtedy będzie musiał lądować gdzieś, gdzie wykrwawi się tak czy inaczej, zanim Max zdoła dotrzeć do niego z lekarzem. Nie miał wyboru. Starał się nie wykonywać żadnych zbędnych ruchów, by do minimum ograniczyć utratę krwi. Wiedział, że jego chwilowa nieprzytomność podziałała na jego korzyść - organizm zwolnił funkcjonowanie i krwawienie dzięki temu stało się mniej gwałtowne. Wiedział jednak także, że tym razem musi pozostać przytomny - bo chwila słabości teraz oznaczała pewną śmierć. Musiał wytrzymać mniej więcej godzinę. Nie skorzystał z komunikatora, żeby połączyc sie z Maxem. Nie chciał, bo wtedy musiałby powiedzieć im, że Rean... Był na to zbyt zmęczony psychicznie. Wolał poczekać z tym aż pojawi się w rezydencji. Miał irracjonalną nadzieję, że jeśli zobaczą w jakim jest stanie... że wtedy go usprawiedliwią, że zrozumieją, jak trudno było ujść z życiem z tego piekła. "To kretyństwo - pomyślał. - Kogo chcę oszukać? Samego siebie? Zakrzyczeć wyrzuty sumienia? Znaleźć taki argument, który definitywnie odebrałby im racje bytu? Nie ma takiego argumentu. Wplątałem Reana w swoja rozgrywkę i dlatego zginął. Wplątałem Reana i dlatego naraziłem jego dzieciaka, pojechał go ratować i zginął. Ciąg zdarzeń, tragiczny finał, który był konsekwencja tego, że tam nad jeziorem zaproponowałem mu, żeby przyłączył się do mnie. Kurwa mać! Zabiłem w ostatnim czasie całkiem sporo skurwysynów, ale na sumieniu mam tylko to jedno życie, jego życie. I nie mam żadnego usprawiedliwienia." Kropelki potu spłynęły mu z czoła na twarz. Starł je powolnym wyważonym ruchem - oszczędzał siły. Dłoń zaciśnięta na sterach maszyny też zwilgotniała po wewnętrznej stronie. Zwolnił nieco uścisk. Każdy oddech sprawiał ból. Każde przełknięcie śliny wywoływało ukłucie w okolicach mostka. Miał nadzieję, że narządy wewnętrzne ma nie bardzo pokiereszowane. Wiedział jednak, że w posiadłości Rosco będzie czekał na niego lekarz. Potrzebował lekarza. Potrzebował jak jasna cholera. "Wygląda na to, że mam siedem pierdolonych żywotów, jak kot egipski - pomyślał, żeby tylko zająć czymś myśli. Czymś innym niż obrazem twarzy jeszcze żyjącego Reana. - A może jestem postacią z gry komputerowej. Matrix. Albo nie. Nie Matrix. W Matrixie z tego co pamiętam, też mogli cię zabić... Ten lekarz u Maxa z pewnością nie dysponuje tak profesjonalnym sprzętem, jak te skurwysyny z lazaretu w Kassandrze, które przywróciły mnie do życia po akcji u Meighena. Więc może ten żywot jest moim ostatnim - pomyślał i uświadomił sobie z przerażeniem, że nie zależy mu na tym aż tak bardzo jak powinno. - Jen... - pomyślał o niej po raz pierwszy od chwili, gdy wsiadł do śmigłowca. - Jak bardzo oddaliliśmy się od siebie przez te wszystkie lata? Dlaczego mam jakieś dziwne wrażenie, że jej uczucia do mnie... że to już nie są te same uczucia, które kiedyś... jak dawno temu... a przecież wiem, że gdyby nie ona, to zostałbym tam z Reanem. I nie chodziło nawet o moje życie. Chodziło o nią. O to, żeby to ona nie straciła mnie i żeby nie cierpiała. Zostawiłem Reana, żeby wrócić do niej, więc teraz musimy - po prostu musimy - odbudować wszystko, co zostało zniszczone przez te wszystkie lata. To co się zatarło, zagubiło gdzieś w tym niemożliwie długim czasie i tej przestrzeni, jaka nas dzieliła. Tylko dlaczego nie odczuwam radości na myśl, że do niej wracam? Jakis cień kładzie się na tym wszystkim, jakiś niepokój, strach..." "Bo będę musiał wytłumaczyć się ze śmierci Reana - pojawiło się jednocześnie w jego świadomości. - Bo będę musiał powiedzieć Normanowi dlaczego jego ojciec i brat zostali w Cesarfield..." Powoli oderwał spoconą dloń od steru i wytarł jej wnętrze o spodnie. Chciało mu się pić. Chciało mu się spać. Był niemożliwie zmęczony. "Ten niepokój towarzyszył mi przez całe niemal życie. Już tam, w Sallavat... Odsuwałem od siebie myśl, że stary nas rozdzieli prędzej czy później, ale przecież wiedziałem o tym. Oszukiwałem siebie, myśląc że jak nadejdzie ten czas, to coś wymyslę, znajdę wyjście... Ale wiedziałem przecież, że wyjścia nie było... I tak samo po tych wielu latach samotności i poszukiwań, kiedy spędziłem z nią kilka dni - wtedy też ten niepokój mnie nie opuszczał, bo wiedzialem, że Nightingale węszy, Alambert węszy, a zaraz za nimi ten kundelek Meighen. I kolejne długie lata bez niej, a kiedy znalazłem ją w końcu po raz drugi, okazało się, że rzeczywistość nie jest taka, jak sobie wyobrażałem. Życie którego bardziej spieprzyć się już chyba nie dało. Moje i jej. A teraz śmierć Reana będzie już zawsze kładła cień na całą resztę mojego z nią życia. Kurwa! Dlaczego nie mogę przestać o nim myśleć? Uwolnić się od dźwieku jego ostatnich słów, od obrazu jego cholernych oczu... Wiem dlaczego. Dokładnie wiem. Zgrywał twardziela, zachowywał się jak człowiek pogodzony ze swoim losem, ale ja widziałem w jego oczach... Widziałem, że tak na prawdę nie chciał umierać." Ostro oświetlone lądowisko w posiadłości Maxa Rosco zobaczył z daleka, jakies 10 minut przed dotarciem na miejsce. Posiadłość leżała w odludnym terenie, który nocą pozostawał rozległą plamą nieprzeniknionej ciemności, więc ostry blask włączonych tam teraz halogenów widoczny był z powietrza bardzo wyraźnie i na sporą odległość.
Max Rosco, Jennie, Norman i zaufany lekarz Maxa śledzili lot śmigłowca Jeysa jak tylko pojawił się na wyświetlaczu przekazującym dane z riadiolokatora Rosco. Max próbował skomunikować się z maszyną, ale na próżno. Komunikator w kokpicie śmiglowca Jeysa był ciągle wyłączony. - Może awaria - powiedział Max bez przekonania, po to tylko, żeby uspokoić pozostałych, ale wiedział, że to nie jest awaria doskonale działajacego sprzętu. To po prostu nie mogła być awaria. Rosco miał złe przeczucia, a kiedy punkcik wskazujący położenie helikoptera minął jego posiadłość i powoli zaczął przesuwać się na północny - wschód, coraz bardziej oddalając się od lądowiska, Rosco wiedział już, że coś jest nie tak. - Co on robi, do kurwy nędzy... - szepnął do siebie, ale nie na tyle cicho, by nie usłyszeli tego pozostali. - Co się dzieje, Max? - spytała Jennie, jeszcze spokojnie, choć w jej głosie już pobrzmiewała nuta zaniepokojenia. - Nie wiem dlaczego nie wylądował - rzucił Max zdawkowo. - Może mają na karku pościg? - odezwał sie Norman. - Podśwetl całą przestrzeń powietrzną, wszystkie pułapy, zobaczymy czy coś leci ich kursem. Rosco wprowadził komendę i ekran zamrugał kilkoma dodatkowymi punkcikami. - To pasażerskie, rejsowe, na wysokim pułapie i żaden nie jest na ich kursie. - Więc co? Na to pytanie nie znaleźli jednak odpowiedzi. A przynajmniej nikt nie wyraził głośno swoich przypuszczeń. Przez kolejne 40 minut, które wlokły się w nieskończoność, wszyscy wpatrywali się w ekran, śledząc wzrokiem mały zielony punkcik. - Zawracają... - powiedział wreszcie Max. - Zgubili się? - Norman spojrzał na Rosco pytająco. - Nie sądzę... Nie Jeys i nie w takiej maszynie, przy doskonałych warunkach atmosferycznych... - Czy Cesarfield mogło wysłać za nimi maszynę, której nie wychwycił twój radar? - spytał znów Norman. - Teoretycznie Cesarfield mogło zrobić wszystko. Ale moja radiolokacja to sprzęt najwyższej jakości, więc nie sądzę. I nie pytaj mnie o co w tym wszystkim chodzi, bo nie mam pojęcia. Nie wiem dlaczego nie wylądowali i nie wiem dlaczego nie włączają komunikatora. Ale mam nadzieję, że tym razem nie miną lądowiska. Na prawdę mam taka nadzieję, bo z moich obliczeń wynika, że kończy im się paliwo... Jenny odwróciła się i podeszła do okna. Ona też miała złe przeczucia. Cholernie złe przeczucia. Nie chciała patrzeć w ekran i zobaczyć, że śmigłowiec Jeysa znów mija posiadłośc i nie ląduje. "Kończy im sie paliwo..." - kołatało jej w głowie, natarczywie jak komar brzęczący tuż przy uchu. "Jeys jest najlepszym pilotem jaki istnieje - pomyślała. - Wie co robi. Jeśli nie wylądował, to widocznie miał powód. I z pewnością wie o tym paliwie...". Stała tak przez kolejne kilkadziesiąt minut, podczas gdy pozostali trzej mężczyźni wpatrywali się w ekran monitora. Nie przyłączyła się do nich. Wpatrywała się w ciemne niebo za oknem w nadziei, że za chwilę zobaczy tam śmigłowiec, który będzie lądował na terenie posiadłości. I choć nie wiedziała, z której strony może nadlecieć Jeys, uparcie wlepiała wzrok w czrną przestrzeń usianą gwiazdami. - Schodzi na dół - odezwał się w końcu Max z wyraźną ulgą w głosie. - Będą lądować. Chodźcie! Wszyscy czworo, jak na komendę rzucili się do wyjścia. Niemal biegli w kierunku lądowiska, a po chwili mogli już dostrzec nikłe światełka helikoptera. Stanęli w pobliżu czekając aż wyląduje.
Byli w zasięgu blasku halogenów oświetlajacych lądowisko, więc Jeys mógł ich dostrzec. Cztery postacie, co dało mu pewność, że lekarz jest z nimi i natychmiast udzieli mu pomocy. To go troche uspokoiło. Obojetnie i z rutyną charakterystyczną dla doskonałego pilota z wieloletnim doświadczeniem podchodził do lądowania. Ustawił maszynę na właściwej pozycji i zszedł na ziemię. Spowolnionym z wycieńczenia ruchem wyłączył silnik i wszystkie urządzenia pokładowe, tak że wokół niego zapadła niemal absolutna cisza. Teraz należało tylko jeszcze wysiąść, co w jego sytuacji wydawało się wyczynem znacznie ponad jego siły. Podniósł się z fotela i w tym samym momencie podłoga pod jego stopami zakołysała się gwałtownie, stracił równowagę, ale zdołał jeszcze uchwycić się klamki od włazu i otworzyć go z niemałym wysiłkiem. Jednak nie był już w stanie wysiąść ze śmigłowca. Zachwiał się, przed oczami pociemniało mu nagle, stracił świadomość i runął na ziemię tuż obok maszyny. wtorek, 31 maja 2011, kulkakurd
|
|