Mój tekst w odcinkach, takie tam - moze ktoś z nudów poczyta...
wtorek, 31 maja 2011
EPILOG cz.III
Ocknął się równie nagle, jak nagle zapadł w sen z pogranicza utraty świadomości. Ból w całym ciele kąsał przeraźliwe, do tego doszedł jeszcze jeden - rozsadzający czaszkę tępym pulsowaniem. Rozejrzał się dokoła, ale Reana nie było obok. Wtedy dotarło do niego, że Reana już nigdy nie będzie obok. Powróciła świadomość rzeczywistości. Przypomniał sobie, że kiedy stracił przytomność maszynę prowadził autopilot. Rzucił okiem na wskazania przyrządów. Poziom paliwa był niski. Zbyt niski. Siegnął do komputera pokładowego i wszedł w opcje satelitarnego namierzania lokalizacji - coś w rodzaju GPS-a, tyle że o trochę bardziej zaawansowanych technicznie możliwościach. Po chwili miał już swoje współrzędne. Wprowadził współrzędne lądowiska - posiadłości Rosco. Przełknął ślinę. Komputer wskazywał, że minął rezydencję jakieś czterdzieści minut temu... Jeszcze raz spojrzał na poziom paliwa. Miał wrażenie, że nie starczy go by zdołał dotrzeć na miejsce, ale nie potrafił stwierdzić tego z całą pewnością. Na wszelki wypadek wyrównał pracę silnika, tak by zużycie paliwa było najbardziej ekonomiczne. Wiedział, że to zwolni nieco prędkość śmigłowca, ale nie miał wyjścia. Wiedział, że wolniejszy lot może oznaczać, że wykrwawi się zanim dotrze na miejsce. Ale jeśli przyśpieszy lot, przyśpieszy też zużycie paliwa, a wtedy będzie musiał lądować gdzieś, gdzie wykrwawi się tak czy inaczej, zanim Max zdoła dotrzeć do niego z lekarzem. Nie miał wyboru. Starał się nie wykonywać żadnych zbędnych ruchów, by do minimum ograniczyć utratę krwi. Wiedział, że jego chwilowa nieprzytomność podziałała na jego korzyść - organizm zwolnił funkcjonowanie i krwawienie dzięki temu stało się mniej gwałtowne. Wiedział jednak także, że tym razem musi pozostać przytomny - bo chwila słabości teraz oznaczała pewną śmierć. Musiał wytrzymać mniej więcej godzinę.
Nie skorzystał z komunikatora, żeby połączyc sie z Maxem. Nie chciał, bo wtedy musiałby powiedzieć im, że Rean... Był na to zbyt zmęczony psychicznie. Wolał poczekać z tym aż pojawi się w rezydencji. Miał irracjonalną nadzieję, że jeśli zobaczą w jakim jest stanie... że wtedy go usprawiedliwią, że zrozumieją, jak trudno było ujść z życiem z tego piekła.
"To kretyństwo - pomyślał. - Kogo chcę oszukać? Samego siebie? Zakrzyczeć wyrzuty sumienia? Znaleźć taki argument, który definitywnie odebrałby im racje bytu? Nie ma takiego argumentu. Wplątałem Reana w swoja rozgrywkę i dlatego zginął. Wplątałem Reana i dlatego naraziłem jego dzieciaka, pojechał go ratować i zginął. Ciąg zdarzeń, tragiczny finał, który był konsekwencja tego, że tam nad jeziorem zaproponowałem mu, żeby przyłączył się do mnie. Kurwa mać! Zabiłem w ostatnim czasie całkiem sporo skurwysynów, ale na sumieniu mam tylko to jedno życie, jego życie. I nie mam żadnego usprawiedliwienia."
Kropelki potu spłynęły mu z czoła na twarz. Starł je powolnym wyważonym ruchem - oszczędzał siły. Dłoń zaciśnięta na sterach maszyny też zwilgotniała po wewnętrznej stronie. Zwolnił nieco uścisk. Każdy oddech sprawiał ból. Każde przełknięcie śliny wywoływało ukłucie w okolicach mostka. Miał nadzieję, że narządy wewnętrzne ma nie bardzo pokiereszowane. Wiedział jednak, że w posiadłości Rosco będzie czekał na niego lekarz. Potrzebował lekarza. Potrzebował jak jasna cholera.
"Wygląda na to, że mam siedem pierdolonych żywotów, jak kot egipski - pomyślał, żeby tylko zająć czymś myśli. Czymś innym niż obrazem twarzy jeszcze żyjącego Reana. - A może jestem postacią z gry komputerowej. Matrix. Albo nie. Nie Matrix. W Matrixie z tego co pamiętam, też mogli cię zabić... Ten lekarz u Maxa z pewnością nie dysponuje tak profesjonalnym sprzętem, jak te skurwysyny z lazaretu w Kassandrze, które przywróciły mnie do życia po akcji u Meighena. Więc może ten żywot jest moim ostatnim - pomyślał i uświadomił sobie z przerażeniem, że nie zależy mu na tym aż tak bardzo jak powinno. - Jen... - pomyślał o niej po raz pierwszy od chwili, gdy wsiadł do śmigłowca. - Jak bardzo oddaliliśmy się od siebie przez te wszystkie lata? Dlaczego mam jakieś dziwne wrażenie, że jej uczucia do mnie... że to już nie są te same uczucia, które kiedyś... jak dawno temu... a przecież wiem, że gdyby nie ona, to zostałbym tam z Reanem. I nie chodziło nawet o moje życie. Chodziło o nią. O to, żeby to ona nie straciła mnie i żeby nie cierpiała. Zostawiłem Reana, żeby wrócić do niej, więc teraz musimy - po prostu musimy - odbudować wszystko, co zostało zniszczone przez te wszystkie lata. To co się zatarło, zagubiło gdzieś w tym niemożliwie długim czasie i tej przestrzeni, jaka nas dzieliła. Tylko dlaczego nie odczuwam radości na myśl, że do niej wracam? Jakis cień kładzie się na tym wszystkim, jakiś niepokój, strach..."
"Bo będę musiał wytłumaczyć się ze śmierci Reana - pojawiło się jednocześnie w jego świadomości. - Bo będę musiał powiedzieć Normanowi dlaczego jego ojciec i brat zostali w Cesarfield..."
Powoli oderwał spoconą dloń od steru i wytarł jej wnętrze o spodnie. Chciało mu się pić. Chciało mu się spać. Był niemożliwie zmęczony.
"Ten niepokój towarzyszył mi przez całe niemal życie. Już tam, w Sallavat... Odsuwałem od siebie myśl, że stary nas rozdzieli prędzej czy później, ale przecież wiedziałem o tym. Oszukiwałem siebie, myśląc że jak nadejdzie ten czas, to coś wymyslę, znajdę wyjście... Ale wiedziałem przecież, że wyjścia nie było... I tak samo po tych wielu latach samotności i poszukiwań, kiedy spędziłem z nią kilka dni - wtedy też ten niepokój mnie nie opuszczał, bo wiedzialem, że Nightingale węszy, Alambert węszy, a zaraz za nimi ten kundelek Meighen. I kolejne długie lata bez niej, a kiedy znalazłem ją w końcu po raz drugi, okazało się, że rzeczywistość nie jest taka, jak sobie wyobrażałem. Życie którego bardziej spieprzyć się już chyba nie dało. Moje i jej. A teraz śmierć Reana będzie już zawsze kładła cień na całą resztę mojego z nią życia. Kurwa! Dlaczego nie mogę przestać o nim myśleć? Uwolnić się od dźwieku jego ostatnich słów, od obrazu jego cholernych oczu... Wiem dlaczego. Dokładnie wiem. Zgrywał twardziela, zachowywał się jak człowiek pogodzony ze swoim losem, ale ja widziałem w jego oczach... Widziałem, że tak na prawdę nie chciał umierać."
Ostro oświetlone lądowisko w posiadłości Maxa Rosco zobaczył z daleka, jakies 10 minut przed dotarciem na miejsce. Posiadłość leżała w odludnym terenie, który nocą pozostawał rozległą plamą nieprzeniknionej ciemności, więc ostry blask włączonych tam teraz halogenów widoczny był z powietrza bardzo wyraźnie i na sporą odległość.
Max Rosco, Jennie, Norman i zaufany lekarz Maxa śledzili lot śmigłowca Jeysa jak tylko pojawił się na wyświetlaczu przekazującym dane z riadiolokatora Rosco. Max próbował skomunikować się z maszyną, ale na próżno. Komunikator w kokpicie śmiglowca Jeysa był ciągle wyłączony.
- Może awaria - powiedział Max bez przekonania, po to tylko, żeby uspokoić pozostałych, ale wiedział, że to nie jest awaria doskonale działajacego sprzętu. To po prostu nie mogła być awaria. Rosco miał złe przeczucia, a kiedy punkcik wskazujący położenie helikoptera minął jego posiadłość i powoli zaczął przesuwać się na północny - wschód, coraz bardziej oddalając się od lądowiska, Rosco wiedział już, że coś jest nie tak.
- Co on robi, do kurwy nędzy... - szepnął do siebie, ale nie na tyle cicho, by nie usłyszeli tego pozostali.
- Co się dzieje, Max? - spytała Jennie, jeszcze spokojnie, choć w jej głosie już pobrzmiewała nuta zaniepokojenia.
- Nie wiem dlaczego nie wylądował - rzucił Max zdawkowo.
- Może mają na karku pościg? - odezwał sie Norman. - Podśwetl całą przestrzeń powietrzną, wszystkie pułapy, zobaczymy czy coś leci ich kursem.
Rosco wprowadził komendę i ekran zamrugał kilkoma dodatkowymi punkcikami.
- To pasażerskie, rejsowe, na wysokim pułapie i żaden nie jest na ich kursie.
- Więc co?
Na to pytanie nie znaleźli jednak odpowiedzi. A przynajmniej nikt nie wyraził głośno swoich przypuszczeń. Przez kolejne 40 minut, które wlokły się w nieskończoność, wszyscy wpatrywali się w ekran, śledząc wzrokiem mały zielony punkcik.
- Zawracają... - powiedział wreszcie Max.
- Zgubili się? - Norman spojrzał na Rosco pytająco.
- Nie sądzę... Nie Jeys i nie w takiej maszynie, przy doskonałych warunkach atmosferycznych...
- Czy Cesarfield mogło wysłać za nimi maszynę, której nie wychwycił twój radar? - spytał znów Norman.
- Teoretycznie Cesarfield mogło zrobić wszystko. Ale moja radiolokacja to sprzęt najwyższej jakości, więc nie sądzę. I nie pytaj mnie o co w tym wszystkim chodzi, bo nie mam pojęcia. Nie wiem dlaczego nie wylądowali i nie wiem dlaczego nie włączają komunikatora. Ale mam nadzieję, że tym razem nie miną lądowiska. Na prawdę mam taka nadzieję, bo z moich obliczeń wynika, że kończy im się paliwo...
Jenny odwróciła się i podeszła do okna. Ona też miała złe przeczucia. Cholernie złe przeczucia. Nie chciała patrzeć w ekran i zobaczyć, że śmigłowiec Jeysa znów mija posiadłośc i nie ląduje. "Kończy im sie paliwo..." - kołatało jej w głowie, natarczywie jak komar brzęczący tuż przy uchu.
"Jeys jest najlepszym pilotem jaki istnieje - pomyślała. - Wie co robi. Jeśli nie wylądował, to widocznie miał powód. I z pewnością wie o tym paliwie...".
Stała tak przez kolejne kilkadziesiąt minut, podczas gdy pozostali trzej mężczyźni wpatrywali się w ekran monitora. Nie przyłączyła się do nich. Wpatrywała się w ciemne niebo za oknem w nadziei, że za chwilę zobaczy tam śmigłowiec, który będzie lądował na terenie posiadłości. I choć nie wiedziała, z której strony może nadlecieć Jeys, uparcie wlepiała wzrok w czrną przestrzeń usianą gwiazdami.
- Schodzi na dół - odezwał się w końcu Max z wyraźną ulgą w głosie. - Będą lądować. Chodźcie!
Wszyscy czworo, jak na komendę rzucili się do wyjścia. Niemal biegli w kierunku lądowiska, a po chwili mogli już dostrzec nikłe światełka helikoptera. Stanęli w pobliżu czekając aż wyląduje.
Byli w zasięgu blasku halogenów oświetlajacych lądowisko, więc Jeys mógł ich dostrzec. Cztery postacie, co dało mu pewność, że lekarz jest z nimi i natychmiast udzieli mu pomocy. To go troche uspokoiło. Obojetnie i z rutyną charakterystyczną dla doskonałego pilota z wieloletnim doświadczeniem podchodził do lądowania. Ustawił maszynę na właściwej pozycji i zszedł na ziemię. Spowolnionym z wycieńczenia ruchem wyłączył silnik i wszystkie urządzenia pokładowe, tak że wokół niego zapadła niemal absolutna cisza. Teraz należało tylko jeszcze wysiąść, co w jego sytuacji wydawało się wyczynem znacznie ponad jego siły. Podniósł się z fotela i w tym samym momencie podłoga pod jego stopami zakołysała się gwałtownie, stracił równowagę, ale zdołał jeszcze uchwycić się klamki od włazu i otworzyć go z niemałym wysiłkiem. Jednak nie był już w stanie wysiąść ze śmigłowca. Zachwiał się, przed oczami pociemniało mu nagle, stracił świadomość i runął na ziemię tuż obok maszyny.
wtorek, 20 lipca 2010
Bliskie spotkania trzeciego stopnia, czyli kosmici kontra miliarderzy - special edition dla OB.
Do wyjazdu pozostało zaledwie cztery dni. Klimat na Jukatanie miał być zgoła odmienny niż u podnóża gór w Kanadzie, dlatego Jennie postanowiła zawczasu skompletować trochę potrzebnej garderoby. Poza tym musiała się czymś zająć, choć na chwilę oderwać myśli od tych wszystkich dręczących ją problemów. Był wtorkowy ranek, kiedy zdecydowała wybrać się na zakupy. Aen nie chciała jej towarzyszyć, przeprosiła, mówiąc że nie czuje się najlepiej, więc Jennie była zmuszona odbyć samotną wyprawę na zakupy do miasteczka. Samotne zakupy nie okazały się jednak aż tak pasjonującym sposobem spędzania czasu, jak myślała. Z przyjaciółką u boku byłoby znacznie przyjemniej, ale samotne wybieranie ciuszków nie sprawiło jej żadnej przyjemności, dlatego załatwiła sprawunki niemal w błyskawicznym tempie, kupowała cokolwiek - skoro nie miała się kogo poradzić, było jej wszystko jedno co kupuje. Nie chciała jednak wracać tak szybko do domu, szczególnie, że skoro Aen powiedziała, że nie jest w najlepszej formie, należało pozostawić ją w spokoju, a wizja nudnego, samotnego popołudnia skutecznie zniechęciła Jennie do powrotu. Nie zastanawiając się wiele postanowiła wpaść na jedno piwo do niedużego baru, który zauważyła już jakiś czas temu, ale nie nadarzyła się jeszcze okazja, by go odwiedzić. Zresztą nie miała zbyt dużego wyboru. Poza tym niewielkim barem, w miasteczku była tylko ta knajpa, gdzie nie tak dawno temu dawała swoje niechlubne popisy i gdzie tak bezkompromisowo została oceniona przez złośliwego barmana. Wolała więc trzymać się od tego miejsca z daleka. Chciała usiąść i w spokoju zrelaksować się nad szklanką dobrego złocistego napoju, a w tamtej knajpie mogła znów narazić się na niewybredne komentarze barmana. Zaparkowała samochód przed niedużym barem i weszła do środka. Lokal okazał się całkiem miłym miejscem, dlatego nie zdziwiła się, że większość stolików była już zajęta. Tym bardziej, że nie było ich tu wiele. Miała jednak szczęście, bo wypatrzyła dla siebie dogodne miejsce - tak jak zawsze lubiła, przy oknie. Zamówiła piwo przy barze i poczekała aż człowiek za kontuarem naleje, żeby nie fatygować go przynoszeniem trunku do jej stolika. Zapłaciła od razu. Usiadła i spróbowała piwa - okazało się zupełnie do rzeczy, co było niewątpliwie kolejnym atutem tego sympatycznego miejsca - a potem zaczęła obserwować rzeczywistość za barowym oknem. Patrzyła na ludzi, którzy niespiesznie przemierzali ulice, na niewielki w tej mieścinie ruch samochodowy i pomyślała, że czas w takich miejscach w jakiś niepojęty sposób płynie inaczej niż w betonowych molochach, gdzie każdy anonimowo i do bólu indywidualnie stara się w możliwie jak największym pośpiechu przeżyć swój czas, zwany potocznie życiem. Przed barem był nieduży parking dla klientów, pustawy - poza jej samochodem zaparkowane były tu tylko dwa inne auta, co biorąc pod uwagę ilość zajętych stolików w lokalu, nie było imponującą liczbą. Po drugiej stronie szosy był drugi, nieco większy parking - ten należał do jedynego w tym miasteczku centrum handlowego, gdzie mieściła się większość miejscowych sklepików oraz dodatkowo spory supermarket spożywczy. Parking przed centrum handlowym również nie był zatłoczony. Bez specjalnego zainteresowania patrzyła jak na parking przed barem zajechał luksusowy samochód, terenówka, jakich nie spotyka się na każdym skrzyżowaniu, a z pewnością nie w takich podgórskich mieścinkach. Obojętnym wzrokiem patrzyła, jak następnie wysiadł z niego młody, dobrze zbudowany facet. Był przystojny, ale coś w jego twarzy, a może i w całej sylwetce było nie tak. Zobaczyła, że zmierza do baru. Odprowadziła go wzrokiem do drzwi, a potem spojrzała w ich stronę, już tu, we wnętrzu. Wszedł. Niespiesznym krokiem skierował się do kontuaru, powiedział coś do barmana, a potem odwrócił się i ogarnął wnętrze uważnym spojrzeniem. Zawahał się, jakby dopiero teraz coś zauważył i miała wrażenie, że coś jeszcze chciał powiedzieć do barmana, ale nie zrobił tego jednak. Ku jej zaskoczeniu wzrok tego człowieka spoczął właśnie na niej. Nie odwróciła głowy. Przez chwilę przemknęło jej przez myśl, że to któryś z tych dupków, myślących że mogą w łatwy i bezczelny sposób poderwać siedzącą samotnie dziewczynę. Kiedy zaczął powoli zbliżać się w jej stronę, była już gotowa przyjąć wyzwanie i powiedzieć mu wprost i bez ogródek, co myśli o facetach jego pokroju. - Przepraszam najmocniej, czy można się dosiąść? - zapytał, kiedy podszedł i ku jej ponownemu zdumieniu zabrzmiało to uprzejmie. - Nie ma wolnych miejsc - dodał z lekkim zakłopotanie, bo milczała. Dopiero teraz oderwała od niego wzrok i obrzuciła nim wnętrze niewielkiego lokalu. Rzeczywiście, wszystkie stoliki były już zajęte, a ten jej pod oknem mógł wyglądać dla tego człowieka najbardziej zachęcająco. Z roztargnieniem skinęła głową. - Tak, proszę... - powiedziała. - Dziękuję - skinął głową, znów bardzo uprzejmie i zajął miejsce. Barman - najwyraźniej pełniący tu również rolę kelnera - po chwili przyniósł mu kawę. Jennie znów przeniosła wzrok na ulicę i parking przed centrum handlowym. "Świetnie" - pomyślała. - "Facet delektuje się kawką, a ja żłopię browara. To musi interesująco wyglądać dla kogoś patrzącego z boku." - Ja jeszcze raz przepraszam, ale złożyłem już zamówienie, kiedy zorientowałem się, że wszystkie stoliki są zajęte - wyrwał ją z zamyślenia jego głos. Spojrzała na chłopaka. Tak jak już wcześniej zauważyła był przystojny, ale miał w oczach jakieś dziwne zmęczenie, czy może smutek. Ubrany był ze smakiem i w markowe ciuchy. Kątem oka dostrzegła zegarek. "Rolex, albo podróbka" - pomyślała. - "Choć patrząc na to czym przyjechał, raczej oryginał". - Nic nie szkodzi - odezwała się. - Nie przeszkadza mi. - Nie jesteś stąd - odezwał się znów. - Nie - powiedziała po chwili. - A po czym to poznać? - zapytała jeszcze czując się w obowiązku jakoś podtrzymać uprzejmą konwersację, żeby ten chłopak nie pomyślał, że jest jakąś wyniosła księżniczką, ignorującą innych ludzi. - Po akcencie - odparł krótko. - Przepraszam, chyba się jeszcze nie przedstawiłem. Michael van Horn - powiedział, obserwując jej twarz, żeby sprawdzić, jakie wrażenie to na niej zrobi. Nazwisko van Horn było znane, przynajmniej na Wschodnim Wybrzeżu. Spodziewał się więc reakcji w rodzaju: "T e n van Horn?", ale nic takiego nie nastąpiło, a twarz dziewczyny pozostała tak samo obojętna, jak do tej pory. "Rzeczywiście, sądząc po akcencie, nie jest ze Wschodniego Wybrzeża" - stwierdził w myślach. - Miło mi, Mike - powiedziała. - Michael - sprostował. - Nikt już nie nazywa mnie "Mike". Kiedyś w dawnych czasach zdarzało się to mojemu przyjacielowi, ale teraz obaj już z tego wyrośliśmy. A ja tobie na imię? - Mam na imię... - zawahała się. Aen nie była zadowolona, kiedy Jennie przedstawiała się prawdziwym imieniem. - Mam na imię Erin - powiedziała. Jej nowe fałszywe imię z fałszywych papierów. - A ty też nie miejscowy? - spytała. - Nie. Przyjechałem na kilka dni, z przyjaciółmi. - A gdzie twoi przyjaciele? - Zostali w domu. Musiałem trochę od nich odpocząć - dodał. - Czasami bywają nieznośni. - Tak - potwierdziła lekko zamyślona. - Przyjaciele bywają czasami nieznośni. - Twoi też? - zapytał tym razem z lekka nutka pogody w głosie. - Ty też wyrwałaś się na chwilę, żeby od nich odpocząć? - Coś w tym stylu - uśmiechnęła się. Niemal jednocześnie odwrócili głowy w stronę barowego kontuaru, skąd dał się słyszeć odgłos jakiegoś zamieszania. Zobaczyli dwoje starszych ludzi o wyraźnie azjatyckich rysach twarzy, którzy za wszelką cenę usiłowali wytłumaczyć coś barmanowi, pokazując mu coś w niewielkiej książeczce, jaką mężczyzna trzymał w dłoni. Barman bezradnie rozkładał ręce i usłyszała jak mówi raz po raz: "Bardzo mi przykro, ale na prawdę nie rozumiem". Zauważyła, że ten chłopak - Michael - zmarszczył brwi i przysłuchiwał się perorującym w dziwnym języku starszym ludziom. - Przepraszam cię na moment - powiedział w pewnej chwili i podniósł się z miejsca. Podszedł do lekko już zdenerwowanej starszej pary i powiedział coś zwracając się wprost do nich. Zobaczyła jak oblicza Azjatów rozjaśniają się w promiennym uśmiechu, a zaraz potem wszyscy troje zaczęli rozmawiać. Jennie zdołała usłyszeć, że rozmawiają w tym osobliwym języku, który brzmiał jak chiński albo japoński. Po kilku minutach wszyscy uścisnęli sobie dłonie, a Michael odprowadził kłaniających mu się ciągle z uśmiechem staruszków do drzwi. Kiedy wrócił do stolika odezwał się: - Starszy pan zgubił paszport. Pytał o biuro rzeczy znalezionych, ale to chyba nie najlepszy pomysł. Poradziłem, żeby udali się do najbliższego komisariatu, albo zadzwonili do swojego konsulatu w Kanadzie... - przerwał i wyglądał jakby rozważał coś w myślach. - Na komisariacie się też nie dogadają - powiedział wreszcie. - Chyba powinienem był pójść z nimi... - Japończycy? - spytała. - Chińczycy - odpowiedział. - Powinienem był pójść z nimi na ten komisariat - powtórzył. - Rozmawiałeś z nimi po chińsku? - spytała spokojnie, patrząc na niego z uwagą. - Ach, to... - machnął ręką. - Tak. Uczyłem się... Znam trochę chiński... - Chiński - powtórzyła. - A czy ty przypadkiem nie jesteś... - chciała zapytać: "kassandryjczykiem", ale w porę uświadomiła sobie, że tego typu pytanie nie należało, delikatnie mówiąc do standardowych. - Tak - odparł, a ona spojrzała na niego zaskoczona. - Pewnie słyszałaś o Arturze van Horn. To mój ojciec. Przyglądała się mu trochę bezmyślnie, bo nie miała pojęcia o jakim Arturze, który był jego ojcem, mówił ten chłopak. Wyglądało jednak na to, że był kimś znanym i to właśnie chciał dać jej do zrozumienia. Po chwili Jennie przypomniała sobie, że Michael podjechał tu luksusowym jeepem, nosił Rolexa i ubrany był w markowe ciuchy. "Pewnie synalek jakiegoś znanego przemysłowca" - pomyślała z niechęcią, która właściwie była całkowicie nieuzasadniona. Chłopak był uprzejmy i wydawał się być miły. "Jakie problemy może mieć taki jak on?" - pomyślała. - "Pewnie tylko to, jakiego koloru terenówkę powinien kupić. Czarną czy srebrną? Cholera, ale dylemat, doprawdy współczuję" - spojrzała na niego przelotnie, z ironią. - "Co też ten biedny chłopiec musi przezywać, kiedy w salonie pełnym terenówek uświadamia sobie, że tak na prawdę nie wie, która podoba mu się najbardziej." - Może wydam ci się wyjątkową idiotką, ale nie, nie słyszałam o Arturze van Horn. Przykro mi - dodała i wyczuł w jej głosie chłód. - Myślałem, że... - zaczął. - Zresztą nieważne. To nie ma tak na prawdę znaczenia. - A co ma znaczenie? - zapytała. Zastanawiał się przez chwilę. Patrzył przy tym na nią uważnie, tak jakby poddawał ją jakiejś swoistej analizie rozgrywającej się w jego świadomości. "Jest ładna" - pomyślał. - "Powinna być tu z chłopakiem. Ach, myślę, że wiem. Pewnie się pokłócili. Pewnie naraził się jej, bo nie tak jak trzeba spojrzał na inną dziewczynę. Bo w ogóle spojrzał. Tak, myślę że wiem jakie problemy może mieć ktoś taki jak ona. Obrazić się na swojego faceta i pójść samotnie do baru, czekając aż on przybiegnie tu za nią i przeprosi za coś czemu nie jest winien. Myślę, że wiem jakie życie ona prowadzi. Pewnie nie ma pojęcia o prawdziwym cierpieniu, o bólu, strachu i nocnych koszmarach, które są ich konsekwencją. Pewnie dorastała szczęśliwie w swoim różowym dziewczęcym pokoiku, który urządzili dla niej kochający rodzice i jedyny prawdziwy dylematy, jaki miała w życiu, to co powinna założyć na bal maturalny, żeby rzucić na kolana możliwie największą liczbę chłopaków.." - Znaczenie ma to - odezwał się w końcu, biorąc głęboki wdech i tak na prawdę nie licząc na to, że ona zrozumie choć słowo z tego, co zamierzał powiedzieć - żeby móc realizować w życiu swoje pragnienia. Od tego bym zaczął. Znaczenie ma to, żeby nie być zmuszonym do dokonywania bezsensownych wyborów, z których każdy okazuje się zły, bo prowadzi do cierpienia, własnego lub czyjegoś, a może nawet do śmierci. Znaczenie ma to, żeby nigdy nie musieć się bać, żeby nie czuć tego panicznego strachu, który... - przerwał, uświadomiwszy sobie, że nieco się chyba zagalopował. - Ale musisz przyznać, że Hemingway miał racje, kiedy stwierdził, że kiedy człowiek się boi wtedy wie, że żyje. I wtedy, kiedy stoi w obliczu śmierci... - powiedziała, a zaraz potem pomyślała: "Co on może o tym wiedzieć?" "Co ona może o tym wiedzieć?" - pomyślał Michael van Horn, ale już bez tego twardego przekonania, jakie jeszcze przed kilkoma chwilami tkwiło w jego umyśle. Nie był już tak bezwzględnie pewny, że ta siedząca przed nim, ładna dziewczyna, to tylko pusta panienka ciesząca się urokami życia. W jej wzroku było coś, co intrygowało, a sposób, w jaki się wyrażała, skłaniał do głębszej refleksji nad jej osobą. "Kim ona może być?" - zastanowił się w końcu. "Jesteś Kassandryjczykiem, czy nie?" - rozważała w tym samym czasie Jennie. - "Szkoda, że nie mogę cię jednak o to zapytać... Uroki ogólnoświatowej konspiracji" - pomyślała z drwiną. Kończyła dopijać swoje piwo i pomyślała, że ma ochotę na kolejne, ale po pierwsze nie wyglądało by to najlepiej - w oczach faceta, który przyszedł do baru po prostu na kawę, musiałoby to wyglądać nie najlepiej. Po drugie przyjechała samochodem i gdyby wypiła więcej mogłoby znowu skończyć się awanturą z Aen, a przyjaciółka mogłaby w przyszłości nie dać jej już więcej kluczyków. Z westchnieniem wypiła ostatni łyk. - Muszę lecieć - rzuciła, podnosząc się z miejsca. - Poczekaj - powiedział chłopak, chyba trochę wbrew sobie i wbrew swoim własnym myślom i wyobrażeniom. - Może... jeszcze jedno piwo? Uśmiechnęła się z pobłażaniem. - Może tym razem to ty powinieneś się napić. Ja już swoje piwo skończyłam. Poza tym przyjechałam samochodem i... - To może coś innego? - Dziękuję, ale na prawdę muszę już lecieć. - Zostaję tu jeszcze kilka dni - powiedział, a ponieważ dziewczyna wstała z miejsca, on wstał także. Dobre wychowanie nie pozwalało mu rozmawiać z nią na siedząco, kiedy ona stała. - Może spotkamy się, jutro albo pojutrze? - To nie jest dobry pomysł - odpowiedziała. - Oczywiście jesteś bardzo miłym człowiekiem, ale ja na prawdę muszę odmówić. I nie pytaj mnie dlaczego. - Ale gdybyś jednak zmieniła zdanie... - sięgnął do portfela i wyjął z niego wizytówkę. - Możesz zadzwonić, jeśli tylko będziesz miała ochotę na rozmowę. - Jeszcze raz dziękuję, ale nie wezmę tej wizytówki. Gdybym ja wzięła to byłoby kłamstwo, bo ja nie zamierzam zmienić zdania i dzwonić do ciebie. Nie miej mi za złe... Powodzenia - dodała i odeszła w stronę drzwi. Obejrzał się, odprowadzając ją wzrokiem, a potem patrzył jak wsiada do niedużego jeepa, jak wycofuje go z miejsca parkingowego i odjeżdża. "Szkoda" - pomyślał tylko.
piątek, 09 lipca 2010
Posłowie
Ale nie tacy z sejmu, tylko takie coś co jest w książce na końcu. Ktoś mi powiedział kiedyś, że lubi mnie za moją autoironię. No to zapraszam!
Od horroru zacznę - jak mnie nie wypier... z pracy to będzie cud. Ponieważ miałam w głowie łajno dziś, to źle wpisałam w drukarkę LOT kod i tak przez ćwierć dniówki mi ten zły LOT kod drukowała na pudełkach - 6 palet! Fuck! Dziś miała zmianę najlepsza szefowa w firmie - Kat (jest Irlandką, może dlatego taka spoko) i litościwie wzięła winę na siebie, ale jak ten złamas Alan to zobaczy i zacznie węszyć, to itak mnie wyj... z pracy. Panicznie się wzajemnie nie znosimy. Byłoby 9 palet, ale żeśmy z Kat zachachmęciły trzy i poszły, jak się z tego zrobi jatka, to obie umoczymy. Powiedziałam Kat, że mi się ostatnio troche rozjebcyło życie prywatne - z tym, że użyłam oględniejszego slownictwa i nie wdawałam się w szczegóły (których de facto nie znam) - dlatego mnie zaćmiło z tym kodem, ale powiedziała, że to nie jest mój fault. No i wniosek się nasunął samoczynnie, że powinnam myśleć o pracy - przynajmniej w pracy. Ale o ile z paletami da się jeszcze coś zrobić, to z moim życiem już nie - jak zwykle - no i fiut z tym! Półtorej palety przepakowałam, ale cztery i pół ciagle stoi na środku hali, bo nie mam ich nawet gdzie skitrać. Jutro je rozpracuję. Hasło: "Zdążyć przed Alanem!"
A to jest tak a propos, jak mówią Francuzy:
http://www.youtube.com/watch?v=muDZD3wgoHI
Uwielbiam robić ścieżkę dzwiękową do swojego nic nie wartego życia! Pasjonujące, jak pewne teksty pasują. Mówią, że Kulki nie da się zniszczyć. Hm... może mają rację. Więc najpierw wypłukałam z organizmu toksyny, potem się wściekłam (czy tam na odwrót), a teraz pora zacząć się śmiać. A czy to będzie śmiech przez łzy to się jeszcze zobaczy, ale raczej nie. Bo jak zauważyła Gloria Gainor - "I will survive". Więc jak to mówimy - injoy guys - możecie sobie puścić w trakcie czytania, będziecie mieli soundtrack.
I jeszcze nieodparcie nasuwa mi się ta historyjka, jak to pewien sekretarz zapytał klasę robotniczą:
- Pomożecie?
- Pomożemy! - zażartowali robotnicy.
Z tym że w moim przypadku czasownik był trochę inny, ale równie wzruszający. Ale czasami i pożartować trzeba. Więc wszystko jest spoko i się proszę nie przejmować pierdołami. Jakieś 25 lat temu napisałam przy jakiejś okazji, że jest jak jest i nie ma się co szczelać o glebę - no i tego się trzymajmy. Kulka jest okrągła,a bramki są dwie - strzały samobójcze mile widziane :)
A na moim forum kurdyjskim, jeden z moich kochanych braciszków, lat 23, napisał:
"Redbull może dodaje skrzydeł, ale klawiatura komputera doda ci jaj, których nigdy nie bedziesz miał w realnym życiu" - no, kocham ich po prostu! To jest chyba najlepszy komentarz do naszej walki wirtualnej z Turkami.
Ale najtrafniej pewnien stan rzeczy ujął stary alkoholik Erni Hemingway, któren stwierdził był poniekąd filozoficznie, ale raczej obstawiam, ze po pijaku:
"Miłość jest miłością, a zabawa zabawą, ale zawsze jest cicho, gdy zdycha złota rybka".
I o ile nie do końca zgadzam się z pierwszą częścią wypowiedzi, bo równie dobrze może być i często bywa na odwrót, to druga część trafia w samo sedno.
A co to ma wspólnego z resztą blogu? A w sumie nic. A musi? Jak musi, to niech będzie, że jest to życiorys autorki - a że autorki życiorys jest w zasadzie jak fraktal, to wystarczy zapoznać się z jakimkolwiek kawałkiem, żeby sobie wyrobić opinie o całości.
A takie mi sie nasunęło pytanie jeszcze - czy ktos sie orientuje ile razy francowaty Feniks jest w stanie odrodzic sie z gównianych popiołów? Jakby ktoś przypadkiem wiedział - choćby w przybliżeniu - to niech napisze w komentarzach.
I czekam na Was, moje bobry.
środa, 07 lipca 2010
DO CIEBIE
jesli to moja wina, to mi to powiedz. jesli to ja zrobilam cos nie tak, jesli sie pomylilam, jesli cokolwiek, to po prostu mi to kurwa mać powiedz! chyba ze nawet na tyle nie zasluguje. tylko mi powiedz, bo nie oczekuje ze mnie zrozumiesz, ze zrozumiesz co mna kierowalo - drugiego czlwieka ciezko jest zrozumiec, wiec nie wymagam tego i nie oczekuje.
i ok, wygrałes. Zadowolony?
czwartek, 01 lipca 2010
EPILOG cz.II
*
Choć Cesarfield płonęło, oni wiedzieli już, że przegrali. Zdołali dopaść chwilowej bezpiecznej kryjówki - składu "odpadów polotniczych", jak nazywano tutaj zużyte części maszyn powietrznych, na tyłach hangaru naprawczego. Siedzieli dysząc ciężko, wśród zaczynających rdzewieć, cuchnących przepalonym olejem i różnego rodzaju smarami, zwalonych na bezładne kupy silników odrzutowych, fragmentów podwozi, a nawet sporych kawałków poszycia samolotów. Rean był ranny. Jeys też i krwawił obficie. A nawet nie zdołali przedrzeć się do Garetha. Nie mówiąc o tym, że nawet nie bardzo mieli pojecie, gdzie jest trzymany i czy faktycznie tutaj, w Cesarfield. Ale kiedy zdali sobie z tego sprawę, było za późno, bo piekło już się rozpętało. Raz po raz słyszeli wybuchy, krzyki i nawoływania kassandryjskich żołnierzy. Jeys spojrzał na Reana Noyesa. Chciał powiedzieć mu to, co Rean najprawdopodobniej już wiedział - że nie dadzą rady, że powinni się stąd wycofać. Nie wiedział tylko jak ma to zrobić. Syn jego kompana ciągle był w opałach. - Rean... - zaczął. - Wynoś się stąd, Jeys. Wypierdalaj stąd najszybciej jak możesz. To jedyne wyjście. - A ty? - A ja zostaje - Rean odetchnął głęboko. - Ale... - Jeys spojrzał mu w oczy i dostrzegł spokój. - Cokolwiek się wydarzyło, dziś walczymy razem i nie mogę zmyć się stąd zostawiając cię. W ich rękach - dodał. - Musisz to zrobić. Ty masz dla kogo żyć. I masz kogoś, kto na ciebie czeka. - Kurwa, Rean! - Jeys podniósł głos. - Przecież nie mogę zostawić cię tu na pewną śmierć! Spierdalajmy stąd, a potem coś wymyślimy. - Ale ja już jestem martwy, Jeys - powiedział spokojnie. - Zostało mi góra 4 minuty życia. Uśmiechnął się w taki sposób, że Jeys aż wzdrygnął się, jak smagnięty batem. - O czym ty... - zaczął, ale Rean wyjaśnił spokojnie: - Nowa wersja Unicorna. Ten kutas przy wieży ciśnień. Byłem blisko i zauważyłem z czego strzelił. - Kurwa, Rean... - Jeys poczuł, jak robi mu się zimno. - To nie może być prawda... - Proszę cię, Jeys, wracaj do niej. Wracaj do Jen. Jeśli znajdą tu moje ścierwo, to Gareth nie będzie im już potrzebny. Dlatego zostaję - dodał. Jeys dotknął ręką czoła. Wziął głęboki wdech i przestąpił z nogi na nogę. - Wypierdalaj - usłyszał jego głos, nie znoszący sprzeciwu, a kiedy spojrzał na niego dostrzegł spojrzenie, które nie pozostawiało mu wyboru. - Będę cię osłaniał, tak długo jak dam radę. Nie mam już nic do stracenia. Ze swej kryjówki wysunęli się obaj równocześnie. Do ogrodzenia nie było daleko. Jeys mógł je teraz sforsować górą. Było zwieńczone potrójnym drutem kolczastym, ale wypuszczonym pod kątem na zewnątrz. Przy odrobinie wysiłku i szczęścia Jeys miał szansę pokonać tę przeszkodę. Przemknął do ogrodzenia. Nie musiał obawiać się o tyły. Tam był Rean, z ciągle naładowaną bronią. Dopadł siatki ogrodzenia i najpierw przerzucił na druga stronę półautomat, na wszelki wypadek, gdyby zaszły jakieś nieprzewidziane okoliczności. Potem tak szybko i sprawnie, jak pozwalało mu ranne ciało wspiął się na siatkę. Tak jak przypuszczał jej zwieńczenie okazało się najtrudniejszą przeszkodą. Mając nadzieję, że przez kilka sekund zdoła utrzymać równowagę, stanął na szczycie siatki, wyprostował się, a potem po prostu zeskoczył na drugą stronę. Upadł niecałe dwa jardy od ogrodzenia, na wysuszoną, twardą glebę, pokrytą gdzieniegdzie kępkami mocno pożółkłej z braku deszczu trawy. Jęknął i zacisnął powieki, bo ból w poranionym ciele przeszył go ze zdwojona siłą, odbierając na chwilę możliwość zaczerpnięcia tchu. Tak szybko jak zdołał podniósł się jednak ze swojego miejsca, chwycił półautomat i nie oglądając się za siebie podążył w stronę odległych zarośli przy wyboistej, bitej drodze. Tam ukryli swój środek transportu. Max zaopatrzył ich w mały, lekki śmigłowiec. Miał zbyt mało czasu, by dostarczyć im jakiś bardziej profesjonalny sprzęt latający. Jeys nie obejrzał się ani raz. Nie chciał zobaczyć Reana martwego. Pragnął zapamiętać go żywego, z tym jego charakterystycznym kpiącym uśmieszkiem na twarzy. Z przerażeniem zdał sobie sprawę z tego, że prawdopodobnie będzie mu brakować tego niesamowitego człowieka. Mimo tego, co stało się w Salavatt - będzie mu brakowało cholernego Reana Noyesa! Obolały i zdyszany dopadł śmigłowca. Nie zamykali go - przewidując, że późnym wieczorem nikt się tutaj nie zapląta, żeby go rąbnąć, a pozostawienie go otwartego dodatkowo znacznie skracało czas potrzebny na ewakuowanie się z tego miejsca. Tyle, że powinni ewakuować się obaj... Jeys postarał się odsunąć od siebie te myśli. To nie był ani czas, ani miejsce na tego typu rozmyślania. Uruchomił silnik i wzbił się w powietrze. Nie sądził, by ktokolwiek w Cesarfield zauważył jego odlot - dlatego mało prawdopodobne wydawało się, że będą próbowali go zestrzelić. Oddalał się szybko, zerkając od czasu do czasu na znakomicie widoczną w ciemnościach nocy poświatę ogromnego pożaru trawiącego bazę militarną. Obraz Reana Noyesa nie chciał zniknąć z jego świadomości. A najbardziej chyba to, że zostawił go tam. I nie miało znaczenia, że Rean powiedział, że za chwilę umrze. Nie miało, bo kiedy Jeys ratował swój tyłek, Rean żył. Jeszcze żył. I został tam, w morzu ognia i na linii strzałów dziesiątek kassandryjskich żołnierzy. "Jak ja im spojrzę teraz w oczy?" - pomyślał o Jennie i Maxie. - "Co im powiem? Że zostawiłem kumpla, towarzysza broni, bo powiedział, żebym spierdalał sam, bo on tak czy siak umrze? Kurwa, dlaczego w taki sposób?! Dlaczego po prostu go nie zastrzelili! Moje pierdolone sumienie byłyby wtedy choć trochę mniej ubłocone..." Poczuł nieco większe pulsowanie tępego, uporczywego bólu. Nie wiedział jak poważnie jest ranny. Nie miał czasu tego sprawdzić. Wiedział tylko, że mocno krwawi. Do posiadłości Maxa nie było blisko, więc wiedział, że musi zebrać się w sobie, skupić i wytężyć wszystkie siły, jakie miał, żeby tam dotrzeć zanim będzie za późno, zanim się wykrwawi. Śmigłowiec ciął ciemności nocy równym, spokojnym lotem. Był wyjątkowo cichym egzemplarzem, co w tej sytuacji stanowiło niewątpliwy atut. Monotonny, łagodny i niegłośny poszum nowoczesnych silników tej maszyny sprawił, że Jeys poczuł przypływ senności. "Jestem zmęczony" - pomyślał. - "Marzę o tym, żeby położyć się w końcu w przyzwoitym łóżku i odespać to wszystko. Tą pieprzoną akcję! I te wszystkie bezsenne noce... Zasnąć... Tego mi teraz najbardziej potrzeba. Trochę snu." Powieki uparcie opadały i z coraz większym trudem otwierał ponownie oczy, które do tego wszystkiego mocno go już piekły. Obraz kokpitu śmigłowca, jaki miał przed sobą raz po raz stawał się niewyraźny. "Tylko na chwilę... " - pomyślał, uruchamiając automatycznego pilota. - "Tylko kilka minut... Nic wielkiego się nie stanie, jeśli zdrzemnę się przez krótką chwilkę... Tak niewiele ostatnio sypiałem..." - pomyślał jeszcze, tak jakby za wszelką cenę próbował znaleźć dla siebie usprawiedliwienie. Zupełnie tak, jakby jego podświadomość wiedziała, że to nie jest zwyczajne zmęczenie i naturalna senność po źle przespanych ostatnich kilku nocach. Zupełnie tak, jakby jego podświadomość wiedziała, że automatyczny pilot nie wyląduje za niego. Jeys rozluźnił uścisk dłoni na sterach śmigłowca. Ułożył się w fotelu w trochę wygodniejszej pozycji i odchylił głowę do tyłu, opierając ją na zagłówku. "Tylko chwilę..." - pomyślał jeszcze. Przymknął oczy i wchłonęła go miękka, ciemna nicość, a jego lewa ręka opadła bezwładnie z podłokietnika.
Automatyczny pilot nowoczesnego śmigłowca z niewzruszonością zaprogramowanego dobrze automatu kontynuował spokojny lot przez ciemności nocy.
KONIEC
DEFINITYWNY
CAŁOŚCI
Dziekuje za uwagę :)
EPILOG cz.I
Cesarfield stało w ogniu. Morze płomieni opanowało niemal cały teren kwartału militarnego, strzelając w niebo wciąż nowymi, gigantycznymi językami płomieni, które w promieniu kilkunastu mil znaczyło krajobraz dokładnie widoczną, ruchliwą łuną. Raz po raz słychać też było ogłuszającą kanonadę wybuchów, rozdzierających powietrze nagle, bez ostrzeżenia, w rozmaitych miejscach, czasami w kilku równocześnie. Był środek nocy, ale kwartał militarny bazy Cesarfield był jasny jak za dnia i oświetlał znaczną część przylegającego do niego pustego pasa terenu, za którym rozciągały się zabudowania, będące kwaterami pracujących tu ludzi, osiedlem z całą bogatą infrastrukturą. Tamtej nocy pracujący w Cesarfield ludzie, ci którzy nie byli zatrudnieni w służbach militarnych, wylegli ze swych mieszkań i lokali, w których lekką ręką wydawali zarabiane tu pieniądze i z niedowierzaniem w oczach, i ale pewnego rodzaju fascynacją patrzyli na nieodległy odblask gigantycznego pożaru. Ci, którzy służyli pod bronią, w trybie natychmiastowym wezwani zostali do kwartału militarnego. Tam bowiem toczyła się walka. Zostali wezwani, by walczyć przeciwko dwu ludziom. Armia dobrze uzbrojonych żołnierzy została powołana w stan gotowości bojowej, by stawić czoła niszczycielskiemu żywiołowi dwu zdesperowanych mężczyzn. Choć solidnie wyposażeni przez Maxa Rosco, choć gotowi na wszystko, dokładnie zdawali sobie sprawę, że ich misja jest czystym szaleństwem. Musiała nim być, ponieważ byli tylko we dwójkę. Rean Noyes, który pojechał tam odbić swojego młodszego syna Garetha. Który pojechałby tam po niego, nawet gdyby nie towarzyszył mu jego kompan, Jeys Greves. Ten sam Jeys, który jeszcze niedawno patrzył na Reana jak na swojego najgroźniejszego rywala w walce o uczucia dziewczyny. Ten Jeys, który doskonale wiedział, że gdyby nie Rean, nie byłby w stanie rozprawić się z Kassandrą i ujść z życiem w tej wielce ryzykownej rozgrywce. Dlatego też, mimo iż jeszcze niedawno Rean był konkurentem, wrogiem niemalże, przestał nim być w chwili, kiedy podjął wyzwanie i postanowił uratować swojego dzieciaka. Jeys w mgnieniu oka stanął z nim ramię w ramię, nie zastanawiając się nad motywami swojej decyzji, nie rozważając nawet jej słuszności. Taka była naturalna kolej rzeczy. Taki porządek został ustalony kiedyś – nie wiadomo kiedy – i tak musiało być. Skoro jeden z nich podejmował walkę, drugi natychmiast stawał u jego boku, by go wspierać, a wtedy przestawały istnieć wzajemne animozje i urazy, znikała podejrzliwość, z jaką na siebie spoglądali i żaden z ich już nie zastanawiał się, co myśli ten drugi i jakie są jego prawdziwe intencje. Ryzyko było olbrzymie i Jeys o tym wiedział. Ale jego poczucie obowiązku wobec Reana było jeszcze większe, dlatego nie mógł podjąć żadnej innej decyzji, nie mógł ustanowić żadnego innego priorytetu.
Po swojej ostatniej, pamiętnej rozmowie z Reanem w Sallavatt, wtedy kiedy ten przekonywał go na plaży w zatoce, że powinien porozmawiać z Jennie, że wbrew wszystkiemu powinien jednak zrobić ten ważny, być może najważniejszy w życiu krok i pójść do niej pod Samotną Skałę, Jeys ostudził nieco swoje rozszalałe uczucia. Emocje opadły i nie czuł już do Reana takiej niechęci, jak jeszcze kilka godzin wcześniej. Ale zupełnie nie wiedział jak postąpić wobec Jennie. Jak rozegrać całą sytuację. Szedł pod Samotną Skałę z mieszanymi uczuciami, nie mogąc w żaden sposób dojść do porozumienia z samym sobą. W rezultacie zawrócił z obranej drogi i zaszył się w gąszczu palm i zarośli tuż przy plaży. Usiadł pod jakimś drzewem, osłonięty przed ludzkim wzrokiem bujną roślinnością i targany wewnętrznymi rozterkami, rozmyślał, ukrywszy twarz w dłoniach.
Nie tak wyobrażał sobie to wszystko. Nie takie miało być jego spotkanie z Jen po piętnastu latach, w czasie których oboje byli przekonani, że to drugie nie żyje. Jeys nie mógł sobie w żaden sposób wytłumaczyć co i dlaczego tak naprawdę zaszło, kiedy witał się z nią po tych wszystkich koszmarnie długich latach. Rozstawali się pełni wzajemnej miłości, tego uczucia, które powinno było przecież przetrwać każdą próbę czasu. Tymczasem ona potraktowała go z obojętnością, której on nie mógł znieść, której nijak nie był w stanie zaakceptować. A te wszystkie rzeczy, które wydarzyły się później... Nie, nie był w stanie o tym myśleć. Kochał ją, mimo wszystko, ale jego uczucia zostały tak dotkliwie zranione, że on sam bał się, czy będzie jeszcze w stanie otrząsnąć się z tego, wybaczyć, puścić w niepamięć i zacząć od nowa... Z rozmyślań wyrwało go nawoływanie. Dwa głosy. Jej i jego. Wołała Jennie i wołał Rean. Jeysowi serce na moment podeszło do gardła, kiedy uświadomił sobie, że wystarczy krótka chwila, aby tych dwoje znów było razem, ale już w następnej chwili zaczął nasłuchiwać uważniej. Coś dziwnego pobrzmiewało w tonie głosu Reana Noyesa, jakaś ledwo uchwytna nutka, która zaniepokoiła Jeysa. Po kilkunastu sekundach był już niemal stuprocentowo pewny, że musiało stać się coś złego. I jak na komendę jego mózg przestawił się na zupełnie inne tory. Jeys podniósł się z miejsca i przedarł się przez bujne zarośla. Zobaczył ich w niewielkim oddaleniu. - Rean! – krzyknął w jego stronę, a ten natychmiast obejrzał się za siebie i podążył w jego kierunku. Kilka jardów za nim biegła Jennie. Jeden rzut oka na twarz Reana upewnił go, że jego przeczucia okazały się słuszne. Coś się stało. Ale na litość boską, co? - Musimy pogadać – wyrzucił z siebie Rean zanim jeszcze zdążył się zbliżyć. Oddychał szybko i zdawał się zupełnie nie zwracać uwagi na Jennie, która przybiegła w ślad za nim. – Muszę natychmiast stąd wyjechać – mówił dalej Rean. Patrzył mu prosto w oczy. – I wy też musicie. Te skurwysyny dopadły mojego chłopaka. Młodszego, Garetha. Trzymają go w Cesarfield. Zabiją go, jeśli w porę go stamtąd nie wyciągnę. - Jezu... – Jeys przetarł dłońmi twarz. – To dlatego, że my... - Nie ważne dlaczego – przerwał mu Rean. – Nie mam ani chwili do stracenia. Ale potrzebuję pomocy. Nie, nie twojej – powiedział szybko, widząc, że Jeys otwiera usta. – Potrzebuję pomocy Maxa. Nie śmiałbym prosić, gdyby chodziło tylko o mnie. Ale dzieciak nie zawinił. Całe życie przed nim... - Max udzieli ci każdej pomocy, jaka będzie potrzebna. A ja jadę razem z tobą. - Jeys. To był głos Jennie. Stanowczy, ale chyba odrobinę drżący. Kiedy na nią spojrzał, zobaczył zacięty wyraz twarzy i oczy, które domagały się jego odpowiedzi. Odpowiedzi na pytanie, które nie padło. - Chodźmy – zarządził Jeys. – Nie marnujmy czasu. Trzeba natychmiast skontaktować się z Maxem. - Jeys! – powtórzyła twardo, nie ruszając się z miejsca. - Chodź – powiedział głosem nie znoszącym sprzeciwu, patrząc jej odważnie prosto w oczy. Poszła z nimi, ale trzymała się nieco z tyłu. Obserwowała ich barczyste sylwetki, kiedy w całkowitym niemal milczeniu szli w stronę zabudowań Sallavatt. Kiedy wchodzili na dziedziniec, Jennie odezwała się po raz trzeci. Przystanęli obaj, odwrócili się w jej stronę. - Co masz zamiar zrobić? – spytała, patrząc Jeysowi prosto w oczy. - Jadę z Reanem po jego syna – odparł całkowicie spokojnym głosem. - Spakuję rzeczy. Twoje też – powiedział Rean i oddalił się zostawiając ich samych. - Więc miałam rację. Nie upłynęło zbyt wiele czasu, a ty znów zostawiasz mnie samą. Znów wyjeżdżasz i będziesz narażał życie. I znów istnieje bardzo realna możliwość, że nie wrócisz. - Wrócę – powiedział ze spokojną pewnością siebie w głosie. - Jeys – Jennie wzięła głęboki wdech. – Jeśli mnie teraz zostawisz... jeśli wyjedziesz i zostawisz mnie, już więcej nie wracaj. - Wrócę – powtórzył z uporem. - Wybieraj – przełknęła ślinę. – Albo jedziesz z Reanem, albo zostajesz ze mną. Przez chwilę patrzył jej w oczy bez słowa. Nie odwróciła wzroku. Jej twarz nie zmieniła wyrazu. Chciała, żeby dokonał wyboru. Ale on już to zrobił. Zrobił to w tym momencie, kiedy Rean powiedział mu co się stało. Zamierzał pomóc Reanowi. Ale bynajmniej nie zamierzał dać się zabić. - Mam wobec niego dług – odezwał się. – Honorowy. Narażał dla mnie własne życie. Nie mogę zostawić go teraz z jego problemami. - I to jest ważniejsze ode mnie? - Nic nie jest ważniejsze od ciebie. Ale to nie jest kwestia wyboru pomiędzy tobą, a Reanem. Te dwie sprawy funkcjonują na zupełnie innych poziomach. - Popraw mnie, jeśli się mylę, ale to nie będzie bezpieczne, prawda? Będziesz narażał życie. Możesz nawet zginąć. - Poradzimy sobie - powiedział. - Pomogę Reanowi w pakowaniu - dodał. To nie był ten Jeys, którego znała przed laty. Zupełnie nie ten. Tamten Jeys nie potraktowałby jej w ten sposób, z chłodnym dystansem, z zimną pewnością swego. Tamten Jeys miałby ogromny smutek w oczach i ogromny dylemat, czy rzeczywiście podejmuje słuszną decyzję. Nie mogła pojąć, co takiego stało się z tym człowiekiem przez te wszystkie lata. Czy aż tak zmieniło go to kassandryjskie więzienie? Co mu zrobili, że wyzbył się tych wszystkich cech, które różniły i wyróżniały go spośród wszystkich innych? Stała na dziedzińcu nieco oszołomiona, niczego nie rozumiejąca. Próbowała ułożyć sobie w głowie te wszystkie wydarzenia, odczucia i fakty, jakie dotarły do niej w ciągu ostatnich kilku godzin i wiedziała, że sobie z tym nie poradzi. Powiedziała Reanowi, że Jeys jest sensem jej życia. I to była prawda. Uświadomiła to sobie po tej niefortunnej nocy z Reanem. Chciała powiedzieć o tym Jeysowi. Nie zdążyła, bo zanim zdołała w ogóle odezwać się do niego, dowiedziała się, że znów ją opuszcza. I znów z powodu, który w jej mniemaniu nie był tego wart. Poczuła, jak od środka zaczyna przygniatać ją ogromny ciężar. „Nie”, pomyślała. „Nie będę szczęśliwa z Jeysem. Nie będę z nim, bo nie jest mi to pisane. Ilekroć spotykamy się po latach, już w chwilę potem okazuje się, że muszę go stracić. Dlaczego? Dlaczego?” Zobaczyła, że wyszli na dziedziniec z niewielkimi torbami podróżnymi. Patrzyła jak podchodzą do niej. - Dlaczego mi to robisz, Jeys? – spytała bardzo cicho. - Jego syn ma kłopoty. A ma je dlatego, że to ja wplątałem Reana w tą paskudną historię. Nie byłbym w stanie spojrzeć na siebie w lustrze, gdyby okazało się, że chłopakowi coś się stało, a ja nie ruszyłem palcem, żeby mu pomóc. - Wolisz mieć na sumieniu moje życie? - Przestań histeryzować, Jen. Wrócę. - Więc chcę, żebyś wiedział, że jeśli coś ci się stanie, ja... - Jeys – wtrącił się Rean – może nie powinieneś... - Jadę z tobą – odparł twardo, z tym samym, kamiennym wyrazem twarzy. - W takim razie jadę razem z wami – powiedziała, a stanowczość w jej głosie sprawiła, że obaj wlepili w nią wzrok. - Jedziesz. I zostajesz u Maxa – powiedział Jeys. - Nie. Pojadę z wami po tego chłopaka. Dacie mi jakąś broń i pojadę tam razem z wami. Skoro Jeys jest pewny, że wróci, dlaczego ja nie miałabym być pewna? - Pojedziesz z nami i zostaniesz u Maxa – powtórzył. - Nie, Jeys – odparła spokojnie z lekkim uśmiechem. – Pomogę ci, Rean – zwróciła się do Noyesa. - Dobrze. Ale nie mamy czasu na pakowanie twoich rzeczy. Musimy się zbierać. Wsiadaj do samochodu – powiedział Rean, a ona posłusznie pomaszerowała do jeepa. - Co ty robisz, Rean? – zapytał Jeys spokojnie, niezbyt głośno. - Zabieram ją do Maxa – odparł tamten równie spokojnie. – Jeśli będzie trzeba zamkniemy ją tam na klucz. Nie może tu zostać, przecież wiesz. Z domu wybiegł Norman. W ręku trzymał niewielki plecak. - Jadę z wami! – oświadczył. - Nie – powiedział Rean. – Tam będzie potrzebna maszyna do zabijania, nie psycholog. A ja nie będę miał czasu na pilnowanie pałętającego mi się pod nogami cywila. Twarde spojrzenie oczu Reana sprawiło, że z twarzy Normana zniknął wyraz stanowczości. - To mój brat... – powiedział jeszcze tylko. - Wiem. To mój syn. I wyciągnę go z tego. - A ona? – ruchem głowy wskazał samochód i siedzącą wewnątrz dziewczynę. – Dokąd jedzie? - W bezpieczne miejsce. I tobie też radzę takie znaleźć. Choć prawdopodobnie tutaj, w Sallavatt, nikt cię nie dopadnie. Ale ostrożności nigdy za wiele. Uważaj na siebie – dorzucił jeszcze na odchodnym. Usadowili się w terenówce, Rean za kierownicą, a Jeys z tyłu, obok Jennie, choć przednie siedzenie obok kierowcy, było puste. Rean zapuścił silnik i ruszył ostro, wzbijając tuman kurzu i zostawiając w tyle stojącego na dziedzińcu bez ruchu Normana Noyesa.
Słowo od Kulki - przed Epilogiem
Zbliżamy się powoli do końca, jak zapewne można się domyśleć. Chciałam tylko dwie kwestie - po pierwsze sorry za stronę techniczną ostatnich wpisów, bo coś porobiło mi się z edycją i nie mam siły walczyć z tym, więc jest nieciekawa czcionka oraz rozmiar, ale przeżyjecie. A drugie sorry jest takie, ze końcówka "Czarnoksięznika" o cały Epilog nie były milion razy sprawdzane i poprawiane, dlatego przedstawiają sobą lekki obraz nędzy i rozpaczy - jakoś nie mam tu w Anglii serca do szlifowania tych rzeczy, jeszcze z samym pisaniem tu to pół biedy, ale do szlifowania potrzebny jest dom z ogrodem, a ja mam póki co zagrzybiony pokój z widokiem na coś, co powinno byc ogrodem. Dodam tylko, że zanim przedstawie ten tekst Akademii Szwedzkiej, która przyzna mi za niego swoją nagrodę - obiecuję, że będzie oszlifowany ( a piniądz jest z tego niemały więc warto) - :)))
I jeszcze w kwestii formalnej, to mam copyright do tego i wyłączność i jakiekolwiek wykorzystywanie bez mojej zgody podpada pod ustawę, którą proszę sobie znaleźć w odpowiednim dzienniku, czy innym monitorze.
Zezwalam natomiast osobnikom o nickach: Mordi, Ob i Zo - robić sobie z niniejszego tekstu jaja.
Dziekuję za uwagę.
środa, 30 czerwca 2010
Czarnoksiężnik z Jukatanu cz.27
*
Czy mógł w jakikolwiek sposób przewidzieć, co może się stać? Czy mógł domyślać się chociażby, co już się wydarzyło? Nie mógł i dlatego właśnie szedł do Normana z takim spokojem. Względnym spokojem i z ułożonym z góry planem postępowania. Był pełen optymistycznych myśli. Teraz, kiedy wszystko pomiędzy Jennie i Jeysem już ułożyło się prawidłowo, wierzył głęboko, że podobnie dobrze ułoży się cała reszta. A zatem najpierw wyprostuje sprawy z synem. Pójdzie do niego i tak samo jak zrobiła to Jennie w palmowym zagajniku, Rean wyspowiada się przed Normanem. Powie mu wszystko, od początku do końca, szczerze i uczciwie, całą prawdę, nie przemilczając niczego. A potem pojedzie do Aen i zrobi dokładnie to samo: cała prawda, poczynając od Jethro, a na nocy z Jen skończywszy. Wystarczająco długo o jego przeżyciach nie wiedział nikt na świecie, by teraz, kiedy ostatecznie ma to wszystko już za sobą, kiedy te wszystkie rozdziały jego życia są definitywnie skończone, opowiedzieć o nich tym wszystkim, którzy tak wiele dla niego znaczą. Był pewny, że się uda, że szczera historia całego jego życia będzie wystarczająco mocnym argumentem, bronią, dzięki której zwycięży. Na podwórze w Sallavatt wszedł zatem we względnie dobrym humorze. Pełen wiary we własne siły, wiary w łaskawy los. Bo czyż po tylu latach panowania tego, co złe, wszystko nie powinno było teraz ułożyć się dobrze? Normana zauważył na tarasie, ale nie zwrócił jeszcze na razie uwagi, że coś w jego wyglądzie było nie tak. Nie zauważył tego nawet kiedy podszedł całkiem blisko. Jego syn przechadzał się tam i z powrotem nerwowym, szybkim krokiem. W ręku trzymał telefon satelitarny i Rean na moment zamarł, wyobrażając sobie, że Norman właśnie spełnił swój kassandryjski, obywatelski obowiązek i poinformował odpowiednie władze o miejscu ich pobytu. Ale to przecież nie mogła być prawda. Nie zrobiłby tego. Nie chodziło o Reana. Nie zrobiłby tego Jeysowi i Jenny. - Norman – odezwał się, pełen dobrych chęci i pozytywnie nastawiony do wszystkiego. – Norman, synu... - Tego ci nie daruję! – syknął chłopak, spoglądając na niego z nienawiścią i dopiero w tym momencie Rean zauważył, że twarz jego syna była dziwnie zmieniona, sztywna i pobladła. – Nie daruję ci Garetha! Stanął jak wryty. Nie miał pojęcia o czym mówi Norman. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że jego starszy syn wspomniał już kiedyś swojego młodszego brata. Tak, mówił o nim, zarzucając Reanowi, że nie był dobrym ojcem. - Norman, ja wiem... – zaczął Rean, ale ten przerwał mu ostro: - Gówno wiesz! Gówno! Rozumiesz? Co możesz wiedzieć, skoro nigdy nie interesował cię nasz los! No, powiedz, co wiesz?! Ten nagły wybuch złości Normana nie był czymś naturalnym. To z całą pewnością nie były pretensje spowodowane zadawnionymi urazami, jakie żywił do niego syn. Gareth. Norman mówił właśnie o nim i Rean nie wierzył, by robił to bez powodu. Ogarnęły go złe przeczucia. - Powiedz mi... – zaczął znów Rean, ale i tym razem Norman wpadł mu w słowo: - Mają go. Mają Garetha! Zadowolony jesteś?! Mają go tylko dlatego, że jest twoim synem! Mama skontaktowała się ze mną... Dopiero co, kilka minut temu. Powiedziała mi, że przyszli po Garetha i... – Norman urwał i głos zadrżał mu wyraźnie. – Błagała mnie, żebym cię znalazł. Żebym powiedział ci, że ona cię błaga... Oni chcą ciebie. Oddadzą Garetha tylko w zamian za ciebie! Rean poczuł, że przebiega go zimny, nieprzyjemny dreszcz. Jeszcze nie do końca zrozumiał, o czym mówi Norman. Dotarło do niego tylko to jedno, że coś złego stało się z Garethem, jego młodszym synem. Podszedł do Normana i bezwiednie, odruchowo opadł na krzesło naprzeciw niego. - Co mu zrobili? – spytał cicho, zmienionym głosem. - Kassandryjscy agenci zabrali go do Cesarfield! – Norman niemal wykrzyczał te słowa. – Zabrali go przez ciebie! Dlatego, że jesteś poszukiwany! Chcą w ten sposób zmusić cię... Ale chyba wiesz, co ja teraz zrobię? Domyślasz się, prawda? I wiesz, że nie mam wyboru... - Wyciągnę go stamtąd! – przerwał mu Rean z mocą. – Słyszysz?! Nie pozwolę, żeby go skrzywdzili! - Więc spiesz się, do cholery – szepnął Norman, patrząc na swojego ojca szklanym wzrokiem. – Spiesz się, bo lada chwila może być za późno. A jeśli ja wkroczę do akcji, dla ciebie z pewnością stanie się wtedy za późno. Nie zawaham się. Wiesz o tym. - Wiem – powiedział, zerwał się z miejsca i ile sił w nogach pobiegł w kierunku palmowego zagajnika i Samotnej Skały. Należało znaleźć Jeysa, uprzedzić go, skłonić jego i Jen, żeby wracali do Maxa i tam się ukryli, a potem, nie tracąc czasu jechać do Cesarfield. Taki był plan działania i Rean niezwłocznie przystąpił do jego realizacji. Piasek pryskał spod jego stóp, kiedy biegł przez plażę. Pot zalewał mu oczy, ale Rean nie zwracał na to uwagi. Biegł dalej, byle szybciej, byle prędzej zobaczyć się z nimi. Wydawało mu się, że Samotna Skała, majestatycznie pochylająca się nad wodami zatoki, nie przybliżyła się ani o stopę. Rean próbował powiązać jakoś ze sobą wszystkie myśli, które teraz tłoczyły się w jego głowie, ale ku jego rozpaczy nie widział z tej sytuacji żadnego sensownego wyjścia. Żadnego, poza tym jednym, że pojedzie do bazy i odda się w ręce władzy. Ale czy mógł mieć jakąkolwiek pewność, że wtedy Gareth będzie bezpieczny? Że wypuszczą go, pozwolą mu spokojnie wrócić do domu? „Nie”, pomyślał natychmiast. „Nie tylko nie puszczą go wolno, ale mogą nawet posunąć się dalej. Mogą użyć go, żeby szantażem wymusić na mnie zdradzenie miejsca pobytu Jeysa. A ja wtedy nie będę miał wyboru... Kurwa! To nie może tak być! Nie mogę oddać się w ich ręce i czekać na ciąg dalszy. Na i c h ciąg dalszy. Więc co? Jak to rozegrać?”. Poczuł, że zaczyna tracić pewność siebie. Powiedział Normanowi, że wyciągnie Garetha z opresji, ale teraz zdał sobie sprawę, że nie ma pojęcia, jak to zrobić. „Cesarfield nie jest duże”, przemknęło mu przez myśl. „Nie aż tak duże. Z dobrym uzbrojeniem i odpowiednim sprzętem może dałbym radę... Nie. Tu nie ma miejsca na może, tym razem muszę mieć pewność. Muszę wiedzieć, że z całą pewnością dam radę, bo w przeciwnym razie mój dzieciak przypłaci to życiem! Gdzież oni są, do cholery?!” Rozejrzał się po palmowym zagajniku. Było tu jednak pusto. Ani śladu Jeysa i Jennie. „Jasne! Przecież nie tutaj! To nie ich miejsce. Są przy Samotnej Skale”, pomyślał i nie tracąc czasu pobiegł w tamtym kierunku. Ale pod Samotną Skałą zastał tylko Jennie.
KONIEC CZĘŚCI V
Czarnoksiężnik z Jukatanu cz.26
Jeys roześmiał się cicho. Już podjął decyzję. Wydał wyrok. A Rean ciągle jeszcze nie wiedział na którego z nich. I Rean się bał. Tak, Jeys wiedział to z całą pewnością. Rean Noyes bał się, stojąc w obliczu śmierci, choć próbował wmówić mu, że tak nie jest. „Nic nie dało ci rady”, pomyślał, patrząc na niego. „Wychodziłeś zwycięsko z każdej opresji. A teraz okazało się, że załatwi cię ten poczciwina, o którym zawsze mówiono, że brzydzi się zabijaniem. Kiedy to było? Kiedy miałem taką chwalebną reputację? Jak cholernie dawno temu. A teraz ty stoisz tu przede mną i boisz się, Rean.” - Jak miło patrzeć na twój strach – powiedział przyciszonym głosem. - Ale to nie jest strach, Jeys. Jeśli czegokolwiek jeszcze się teraz boję, to z pewnością nie śmierci. - I słusznie, bo to nie na ciebie – powiedział Jeys nagle i opuścił broń. - O czym ty mówisz? – Rean zniżył głos. Patrzył mu w oczy. - Nie pamiętasz? Nie przypominasz sobie, co ci powiedziałem u Maxa? Wysil pamięć, Rean. Powiedziałem, że przystawię sobie pistolet do głowy i strzelę, jeśli ona wybierze ciebie. - Więc możesz sobie nie przystawiać, bo nie wybrała mnie – odezwał się spokojnie, z lekką ulgą w głosie. - Mam ci uwierzyć? Po tym wszystkim? Nie bądź taki szlachetny i nie lituj się nade mną. Nie potrzebuję twojej pierdolonej litości! I nie próbuj stosować prymitywnych psychologicznych chwytów, żeby mnie odwieść od tego, co zamierzam zrobić. Ja już podjąłem decyzję. Wydałem wyrok. I nic ci do tego. Ani tobie, ani nikomu innemu. Zostaw mnie w spokoju! Wszyscy zostawcie mnie w spokoju! – Jeys odwrócił się i chciał odejść, ale w tej samej chwili Rean dobrze odmierzonym skokiem rzucił się na niego. Jedną ręką chwycił za przegub dłoni, w której Jeys trzymał broń, błyskawicznym ruchem chwycił pistolet i odrzucił go daleko od siebie. Jednocześnie podciął mu nogi i powalił go na piasek, na plecy. Przycisnął mu klatkę piersiową kolanem i jednym mocnym chwytem skutecznie unieruchomił mu ręce nad głową. Jeys szarpnął się parę razy, ale wobec niekwestionowanej przewagi Reana dał spokój. - I co ty wyprawiasz, głupi kutasie! – warknął Rean. – Chyba całkiem ci odbiło! - A tobie co do tego?! – syknął Jeys. - Jaja sobie odstrzel, a nie głowę! Jeszcze raz powtarzam ci, że ona nie wybrała mnie! Rozumiesz? Dociera to do ciebie? - Puść mnie! - Tak, ale najpierw utniemy sobie małą pogawędkę. Skup się, Jeys, bo nie będę powtarzał dwa razy. Jennie wybrała ciebie. Ciebie, rozumiesz? I nie zrobiła tego dzisiaj. Ani wczoraj. Ani nawet piętnaście lat temu. Wybrała cię tamtego dnia, przy Samotnej Skale, kiedy złapała was ulewa. I od tamtej pory nikt nigdy nie zajął twojego miejsca, choć po pozorach można by sądzić inaczej. Rozmawiałem z nią dopiero co i wszystko mi powiedziała. Jak na tak zwanej „świętej spowiedzi”. Ona cię kocha, Jeys! I cholernie boi się, że znów cię straci. I że jej nie wybaczysz. Szczególnie tej ostatniej nocy. - Kocha mnie, co?! – warknął Jeys. Wściekłość aż kipiała w jego głosie. – Kocha mnie i dlatego pieprzyła się z tobą?! Niemalże na moich oczach! Piękna miłość! - Ty naprawdę niczego nie pojmujesz? Nie przychodzi ci do głowy dlaczego to zrobiła? Powiem ci, Jeys. Odegrała się za to, że spałeś z Aen! I to był jedyny motyw jej postępowania, ale bardzo szybko doszła do wniosku, że jednak nie było warto. Ale stało się i wiesz co? Zastanów się lepiej, jak mocno musiało ją to zranić, skoro zdecydowała się w akcie zemsty wpuścić do łóżka faceta, do którego czuje tylko i wyłącznie zwyczajną sympatię! I wiesz co jeszcze myślę, Jeys? Że tylko dzięki temu, że zdobyła się na coś takiego, będzie w stanie wybaczyć ci tę sprawę z Aen. Tylko dzięki temu, że sama już teraz wie, jak to jest. Poza tym... W gruncie rzeczy to wcale nie była jej wina. To ja sprowokowałem całą tę sytuację. Przecież znasz mnie, wiesz jaki jestem. Korzystam z każdej okazji, jaka mi się trafi. A to była okazja. Wykorzystałem sytuację, ale to nie była wina Jen – Rean mówił szybko, patrzył Jeysowi prosto w oczy, choć tylko on wiedział, ile go to kosztowało. - To interesujące – odezwał się Jeys lodowato – z jakim zaangażowaniem usprawiedliwiacie się nawzajem i bierzecie na siebie całą winę. - Przestań pierdolić, tylko zacznij w końcu działać! Wiesz, co zrobiłby na twoim miejscu prawdziwy facet? Zamiast wymachiwać sobie pukawką przed mózgiem, poszedłby do dziewczyny, wziąłby ją w ramiona i już nie pozwolił odejść. - Puść mnie – powtórzył. – Udowodniłeś już, że jesteś silniejszy ode mnie. Zawsze byłeś. Zawsze byłeś lepszy. A teraz mnie puść! - Czy ty słuchasz, co ja do ciebie mówię? - A ty? - Puszczę cię, jeśli obiecasz, że będziesz grzeczny, że będziesz zachowywał się spokojnie. I jeśli chcesz... Przypierdol mi, jeśli ci to ulży – powiedział i zaczął powoli zwalniać uścisk. Ciągle trzymając za przegub dłoni Jeysa, podniósł się i pomógł mu wstać. Jeys otrzepał ubranie i spojrzał na niego spode łba. - Rusz się, Jeys i idź do niej! - Nie będę się narzucał i pchał się tam, gdzie mnie nie chcą. - No nie, ja z tobą za chwilę, kurwa, zwariuję! Ona tam na ciebie czeka! - Powiedziała ci to? – spytał powoli, patrząc na niego uważnie. Rean milczał przez chwilę. „Nie musiała mi tego mówić”, pomyślał. „Każdy kretyn wyczytałby to z jej twarzy i oczu.” - Tak – odezwał się. – Powiedziała mi. Jeys na moment opuścił wzrok. Potem znowu spojrzał na Reana. - Jeśli kłamiesz... - zaczął, ale tamten przerwał mu całkowicie spokojnym i rzeczowym tonem: - Wypierdalaj, Jeys. Skup się i czytaj z moich warg: w tył zwrot i won pod Samotną Skałę do swojej dziewczyny, która tam czeka! Patrzył na niego jeszcze przez chwilę, a potem bez słowa odwrócił się i odszedł w stronę widocznego w oddali megalitu. Rean podszedł do rewolweru, leżącego na piasku, schylił się i podniósł go. - W łeb chciał sobie strzelić, kutas pojebany! – mruknął do siebie, a potem pomyślał: „Tę kwestię mamy już z głowy. Teraz kolej na Normana.”
*
Miał bardzo niewiele czasu, żeby spokojnie pomyśleć. A właściwie, żeby przemyśleć starą kwestię zupełnie od nowa. Czy powinien wierzyć słowom Reana? Czy powinien teraz wierzyć w czyjekolwiek słowa? Jennie go zdradziła. Zrobiła to w perfidny, wyrachowany sposób. Czy dla takiego postępowania istnieje jakiekolwiek wytłumaczenie? Czy może istnieć usprawiedliwienie? „Przecież nie dalej, jak kilka godzin temu sama przekonywała mnie, że na braku zaufania nie można niczego budować”, pomyślał. „Co mi powie teraz? Zmieni zdanie? Znajdzie wiarygodne, wystarczająco mocne usprawiedliwienie?” Piasek pod jego stopami był tego dnia wyjątkowo grząski. Samotna Skała z niewzruszonym spokojem tkwiła na swoim stałym miejscu, widoczna już z daleka. „Jak długo? Jak długo wznosi się tutaj ten megalit? Odporny na wszystko, twardy, szorstki, niedostępny, niczego nie odczuwający. Od milionów lat patrzący na ten sam skrawek ziemi. Samotna Skała, która nie mogłaby umrzeć, nawet gdyby bardzo pragnęła. Skała, która może tylko czekać na zagładę. Więc może w gruncie rzeczy nie powinienem jej zazdrościć? Może nie powinienem, bo przecież ja mam wybór. Ten najważniejszy – mogę umrzeć, kiedy zechcę. Chyba, że akurat napatoczy się Rean Noyes i mnie powstrzyma”, pomyślał ironicznie. „Właśnie on. Cynizm losu nie zna granic”. Zobaczył palmowy zagajnik. Palmowy zagajnik Reana. „Po co ja tam idę? Przecież nie jestem w stanie jej wybaczyć. Pozwoliła, żeby ją dotykał! Wtedy, kiedy ja byłem tak blisko! Pozwoliła, żeby robił z nią te wszystkie rzeczy, które...”. Zatrzymał się. Przed nim wznosił się majestatycznie ogrom jego Samotnej Skały. Megalit patrzył na niego wyzywająco, z ironią. „Wybaczyłem to wszystko, co robiła, kiedy była przekonana, że nie żyję. Nie miałem prawa nie wybaczyć. Wtedy tylko nie uszanowała mojej pamięci, ale to przecież nic nie znaczy. Nie mam prawa osądzać. Przecież nie wiem, co wtedy mogło dziać się w jej głowie. Może traktowała to jako formę terapii? Więc to wszystko wybaczyłem. Ale nigdy nie pogodzę się z tym, co zrobiła ostatniej nocy. Nigdy. Czegoś takiego nie można wybaczyć. Nie pójdę tam. Niech pójdzie Rean. Jak ona śmie mówić, że mnie kocha?! Jakim prawem, po tym, co mi zrobiła?! Nie pójdę tam!” Po raz ostatni spojrzał na Samotną Skałę i zawrócił w kierunku zabudowań Sallavatt. Ale nie wiedział jeszcze, co zrobi, kiedy już się tam znajdzie. „Niech mi Rean nie mówi, jak mam postępować. To nie jego sprawa. Pewnie zżerają go wyrzuty sumienia i teraz próbuje robić wszystko, żeby zatrzeć ślad po tym, co się stało. Powinienem teraz pojechać po Aen, przywieźć ją tutaj i na oczach Jen... To Aen jest wszystkiemu winna. Nie powinna się wtrącać. Nie powinna załatwiać moich spraw za mnie. Max ma rację, że trzyma się z daleka od kobiet. Tak, myślę, że facet faceta nie jest w stanie zranić tak, jak może zranić kobieta. Nie pójdę do Jennie. Wiem, jak skończyłoby się moje spotkanie z nią teraz. Tylko wymówkami i wzajemnymi oskarżeniami. Nie pójdę. Muszę poukładać sobie to wszystko w głowie. Muszę oswoić się z tym. Mam prawo. Jennie miała tak dużo czasu na uporanie się z myślą o mnie i Aen. A ja? Ile czasu mnie dano? Kilka godzin. Dlatego nie pójdę do niej. Jeśli mnie kocha, zrozumie to”. „Nie zdradza się kogoś, kogo się kocha”, przemknęło mu przez głowę. „I przyjaciela też się nie zdradza. Zwłaszcza w taki sposób. Jak mam teraz traktować Reana? Okazać fałszywą wielkoduszność i przejść nad tym do porządku dziennego? Uznać, że nic się nie stało albo obarczyć winą tylko ją? Bo w gruncie rzeczy Rean ma trochę racji. Korzysta z każdej okazji, a Jennie takiej okazji mu dostarczyła. Bardzo wątpię, że on poszedł do niej z własnej woli, tak zwyczajnie, bez zaproszenia i że zaciągnął ją do łóżka. Przecież ja go znam, a już z całą pewnością miałem okazję poznać go ostatnimi czasy. Nie, nie wydaje mi się, żeby Rean działał z premedytacją. Ale skoro rozgrzeszyłbym jego, to musiałbym obwinić o wszystko Jen. Błędne koło. Pójdę do niej, ale jeszcze nie teraz. Muszę dać sobie jeszcze trochę czasu na przemyślenia. Za szybko to wszystko się dzieje. Zbyt szybko jak dla mnie. Zawrócę i znajdę sobie jakieś spokojne miejsce, gdzie będę mógł poukładać sobie to wszystko w głowie. Jeszcze raz, od początku. Muszę, bo teraz nie wiem, co robić i jak z nią rozmawiać. Zwyczajnie nie wiem, a boję się, że znów jakimś jednym niepotrzebnym słowem wszystko zepsuję. Tym razem to nasza ostatnia szansa i nie mogę jej zmarnować. Jeśli nie dogadam się z Jennie teraz, to nie zrobię tego już nigdy. Tak, tutaj, w Sallavatt to wszystko się zaczęło i tutaj musi zacząć się i tym razem. Przemyślę wszystko, spokojnie i powoli. Ona musi to zrozumieć i musi na mnie poczekać. A ja jestem pewny, że poczeka. Nie może być inaczej. Po prostu nie może."
Czarnoksiężnik z Jukatanu cz.25
5
Kiedy skończył z nią rozmowę na tarasie, kiedy wyminął Reana i opuścił podwórze, chciał iść pod Samotną Skałę. Powodowany impulsem psychicznego samookaleczenia, pragnął iść właśnie tam. Ale kiedy dotarł do linii plaży i spojrzał w tamtym kierunku zmienił jednak zdanie. Nie, nie pójdzie tam. Choćby przez przekorę, nie pójdzie do tego miejsca, które znaczy dla niego tak wiele, które jest jeszcze jednym sanktuarium na drodze krzyżowej jego życia. Odwrócił się plecami do dostojnie majaczącej w oddali sylwetki skalnego megalitu i poszedł w przeciwnym kierunku. Kilkadziesiąt jardów dalej zatrzymał się i usiadł na piasku. Teraz mógł zacząć rozmyślać. Ale o czym? O czym mógł myśleć w tej chwili, skoro wszystkie ważne dla niego tematy sprowadzały się do jednej tylko kwestii, a ta kwestia wałkowana była przez niego na tyle długo i skutecznie, by nie pozostało już absolutnie nic więcej do dodania. I wtedy przyszła mu do głowy zupełnie inna myśl. Nagle, całkiem dla niego niespodziewanie, stanęła mu przed oczyma postać Reana Noyesa. Był zaskoczony, tak jakby jego świadomość zadziałała niezależnie od jego woli. I zaraz potem, jak w kalejdoskopie, zaczęły przesuwać się przed oczyma jego duszy sekwencje obrazów, cała historia jego znajomości z tym człowiekiem. Spotkanie w Solarfield, Rean roześmiany, odprężony, zagadujący atrakcyjną panienkę. I wyraz twarzy Reana, kiedy go zobaczył, jego zmieniony głos, gdy podszedł do stolika i odezwał się. Ich wspólna popijawa nad jeziorem, pierwsza z szeregu następnych, jakie po niej nastąpiły. A potem cała reszta. Niewyczerpane, zdawałoby się, pokłady humoru Reana, nawet w najbardziej ekstremalnych sytuacjach, kiedy nikomu innemu nie byłoby do śmiechu. Rean zawsze potrafił rozładować napięcie jakimś z pozoru błahym żarcikiem, który przecież znaczył tak wiele. Jeys poczuł się nieswojo, kiedy uświadomił sobie, że jest mu żal tej znajomości. Poczuł, że traci tym samym coś ważnego, coś nieokreślenie ważnego i kiedy usiłował rozszyfrować, czym tak naprawdę spowodowany jest ten jego nagły żal, zobaczył ich. Szli razem, obok siebie, choć nie dostrzegł, by trzymali się za ręce. Rean i Jennie podążali razem w stronę Samotnej Skały. Jego Samotnej Skały, która nie należała do Reana. Szczęki zacisnęły się mechanicznie, słońce przestało nagle prażyć i owionął go nieprzyjemny chłód. Więc jednak wybrała. Obaj chcieli, by wybrała i zrobiła to. Poczekał aż byli na tyle daleko, by niemal zniknąć mu z oczu i dopiero wtedy podniósł się z miejsca. Powoli i ciężko, jak stary, zmęczony życiem człowiek, ruszył w stronę zabudowań Sallavatt. Piasek pod jego stopami wydawał się bardziej grząski niż zwykle. Obraz przed oczyma był niewyraźny. Powietrze gęste i lepkie, z trudem przechodzące przez gardło. Kiedy po kilkunastu minutach znalazł się na dziedzińcu, rozejrzał się po nim, tak jakby widział to miejsce po raz pierwszy. Tak naprawdę pomyślał, że widzi je po raz ostatni. Nie od razu poszedł do siebie. Najpierw wspiął się po schodach na taras i zniknął we wnętrzu dawnego domu mamy Miriam. Salon był na wpół opustoszały, widać było wyraźnie, że ostatnimi czasy raczej nikt z niego nie korzystał, że teraz stanowił coś w rodzaju obszernego hollu, z którego można było wejść do dwu wąskich korytarzy. Jeys wybrał ten po lewej stronie. Był mroczny i jednocześnie przyjemnie chłodny. Pierwsze drzwi na lewo. Drzwi do jej pokoju. Ostatni raz widział je wtedy, kiedy Rean zabierał ją stąd, by na lądowisku przekazać człowiekowi o fałszywym nazwisku Bozkow. Jeys wszedł do środka. Był tu po raz pierwszy od chwili ich przyjazdu. Nie przyszedł tu wcześniej, bo nikt go nie zaprosił. To Rean otrzymał takie zaproszenie. I Rean skorzystał z niego. Spojrzał na to niewielkie wnętrze. Nie potrafił powiedzieć na ile bardzo zmieniło się ono od czasu, kiedy był tu ostatni raz. Nie pamiętał go aż tak dokładnie, ale wydawało mu się, że wszystko jest tak jak dawniej. Łóżko pod ścianą po prawej stronie, jakaś szafka, komódka, stolik, trochę książek na półkach. Przyszedł tutaj pożegnać się. Nie z nią. Z tym pokoikiem, z tym miejscem, ze wszystkimi wspomnieniami i wszystkimi wyobrażeniami przyszłości. Wiedział, że z nią się nie pożegna. Nie będzie w stanie tego zrobić. Stał bez ruchu, zaraz za drzwiami. Nie podchodził do mebli i nie dotykał ich, tak jak w domu Aen na Jukatanie, wtedy, kiedy jeszcze była nadzieja. „Jak to powiedział Rean?”, zastanowił się. „Wiara, nadzieja i miłość. Pozostała tylko miłość, zabijana przez brak wiary i nadziei. To nie prawda, że nadzieja umiera ostatnia. Ostatnia umiera miłość. Teraz już wiem, dlaczego wtedy się poddał. Teraz już rozumiem.” Odwrócił się i wyszedł na korytarz, zostawiając nie zamknięte drzwi. Wszystko było już załatwione. Teraz tylko pójdzie do siebie i weźmie, co trzeba. Na podwórzu minął Normana. Tamten powiedział coś do niego, ale Jeys nie słuchał. Nie chciał teraz słuchać. Teraz żadne słowa nie miały już znaczenia. Wszedł do swojego pokoju i ze sportowej torby, w której trzymał swoje rzeczy wyjął nieduży czarny rewolwer. Mała, zgrabna zabawka, którą dostał od Maxa w dniu wyjazdu na Jukatan. Gdyby Max wiedział... Gdyby tylko Max wiedział, nigdy nie podarowałby mu tego pistoletu. Przez chwilę ważył go w ręce, a potem wetknął za pasek spodni. Poszedł do zatoki. Usiadł na piasku, prawie tuż nad samą wodą. Wyjął broń zza paska i nie wypuszczając jej z ręki, położył sobie na kolanach. Tylko jeden z nich może żyć dalej. Jeys albo Rean. „Może zostać tylko jeden”, pomyślał Jeys z ironią. „Zupełnie jak na tym kiczowatym filmie, który oglądałem dawno temu. Który z nas będzie żył dalej? Ja czy Rean? Mam wybór. Jeszcze na razie mam wybór. Powiedział, że nie zabiłby swojego kumpla. Bardzo szlachetne. Bardzo. Ale ja nie mam takich skrupułów, Rean”, zwrócił się do niego w myślach. „Już nie potrzebuję ich mieć. Mógłbym się poddać, tak jak to zrobiłeś ty, dawno temu. Ale mógłbym też walczyć, tak jak ty postanowiłeś walczyć teraz. Ale ty nie wiesz, co wybiorę. Poszedłeś z nią do tego waszego cholernego palmowego zagajnika i nie masz zielonego pojęcia, że gdzieś tam na plaży siedzi sędzia Greves, który może wydać wyrok. Który wyda ten wyrok jeszcze dziś. Jak myślisz, Rean, na kogo?”
*
Zostawił ją w palmowym zagajniku. Zostawił ją, bo chciała zostać sama. Czy teraz było jej lżej? Czy po tym, jak opowiedziała mu wszystko, było jej choć trochę lżej, łatwiej? Nie miał pojęcia, ale głęboko wierzył, że tak. Wierzył, że dzięki tej rozmowie z nim Jennie ułoży wreszcie swoje sprawy z Jeysem, że przynajmniej do tego się tu przydał. Jednak jemu samemu wcale nie było lekko i łatwo. Przyjechał tu, żeby rywalizować o dziewczynę, do której już nie pasował. Żeby rywalizować ze swoim przyjacielem. Przyjazd do Sallavatt w ogólnym rozrachunku miał jednak wyjątkowo przykre konsekwencje. Rean nie tylko nie zyskał dziewczyny, ale jeszcze do tego wszystkiego stracił przyjaciela. Był przekonany, że Jeys wybaczy Jennie wszystko. Jej wybaczy, ale jemu nie. „Z każdej historii wychodzę przegrany”, pomyślał. „Od samego początku. Od cholernego urodzenia. Teraz pewnie i Max odwróci się ode mnie. Tak, kiedy Max dowie się, jak postąpiłem wobec jego ukochanego synka, nawet on nie będzie chciał mieć ze mną nic wspólnego. Sam na świecie, jak cholerny bezpański pies! Uprowadzić myśliwiec i rozbić go na magazynie amunicji w Solarfield. To powinienem teraz zrobić. Przynajmniej przysłużyłbym się ludzkości. Rean Noyes, specjalista od podejmowania błędnych decyzji.” Zatrzymał się nagle, bo w oddali dostrzegł na plaży sylwetkę człowieka. Siedział na piasku, z twarzą zwróconą w stronę zatoki. Poznał go nawet z tak sporej odległości. Jeys. Jego były przyjaciel. Jego wspólnik, towarzysz broni w walce o lepsze jutro. Ten, który pomógł mu uporać się z przeszłością. Ten, który już nigdy nie zechce napić się z nim, pogadać, pożartować. Wściekłość wezbrała w nim ze zdwojoną siłą. „Dałem dupy na całego!”, pomyślał ze złością. „Wiem o tym. Jestem tego w pełni świadomy. Straciłem kumpla. Ale przynajmniej znaleźliśmy Jennie i przynajmniej wiem już teraz, że ona niczego nie pragnie bardziej, niż spędzić z nim resztę życia. Teraz jest na mnie wkurwiony i wcale mu się nie dziwię. Ma prawo być. Ale może kiedyś mu przejdzie. Za jakiś czas, kiedy uspokoi się, kiedy będzie prowadził szczęśliwy żywot u boku swojej miłości, może mu przejdzie. Może machnie na to ręką i stwierdzi, że to było na tyle dawno i na tyle nie miało dla niej znaczenia, że można odpuścić staremu, głupiemu Noyesowi. Ale żeby zacząć ten swój szczęśliwy żywot, musi w końcu ruszyć dupę, a jeśli nie zrobi tego sam, ja mu w tym pomogę.” Zbliżał się do niego zwyczajnym, ani wolnym, ani szybkim krokiem. Ale Jeys nie spojrzał w jego stronę, choć musiał wiedzieć, że do niego podchodzi. Musiał zauważyć to, choćby nawet kątem oka. Rean stanął tuż obok, ale nawet wtedy Jeys nie drgnął. Siedział bez ruchu, wpatrzony gdzieś w dal. I po chwili Rean zauważył, co tamten trzymał w dłoni. Przełknął ślinę. - Cześć, Jeys – powiedział. - Odpierdol się ode mnie, Rean – chłodny, rzeczowy ton. Głos wyprany z jakichkolwiek emocji. - Po co ci ta spluwa? – spytał z umiarkowanym zainteresowaniem. Jeys odwrócił głowę i spojrzał na niego. Powoli podniósł się z miejsca. - Zgaduj, Rean – powiedział lodowatym szeptem. – Masz pięćdziesiąt procent, by wytypować właściwie. - Dziecinnie prosta zagadka. To broń na któregoś z nas. Na mnie albo na ciebie. - Jesteś na właściwym tropie. Zgaduj dalej. - Zamierzasz mnie zastrzelić – powiedział. – Ale nie rób tego, jeśli nie musisz. Zwłaszcza, że zamierzam stąd wyjechać. Najszybciej, jak to możliwe. - Zrobiłeś swoje i zmywasz się. Niezła taktyka. - Zrobiłem coś, czego bardzo żałuję. Nie masz pojęcia, jak bardzo. Wiem, co teraz o mnie myślisz. Mogę to sobie z grubsza wyobrazić. Oczywiście, masz rację, choć bardzo chciałbym, żebyś mnie rozgrzeszył. - Oczekujesz, że przejdę nad czymś takim do porządku dziennego? Że machnę na to ręką i powiem: „Nie ma sprawy, Rean! Używaj sobie do woli. Dziewczyny naszych przyjaciół są naszymi dziewczynami.” - Czy tobie nigdy w życiu nie zdarzyło się zrobić czegoś, czego byś potem cholernie bardzo żałował? Nie wierzę, że jesteś aż tak kryształowy. Aż tak nieomylny. Ta sprawa z Aen chociażby... - Myślisz, że nie wiem, skąd wracasz? – wpadł mu w słowo. - Myślisz, że nie widziałem gdzie i z kim szedłeś? Co z nią robiłeś w tym cholernym palmowym zagajniku?! - Rozmawialiśmy... - Rozmawialiście! – przerwał mu Jeys gwałtownie. – Ty pieprzony sukinsynu! - Uspokój się, Jeys – powiedział Rean niezbyt głośno. Przez chwilę patrzył wprost w lufę pistoletu. Pistoletu wymierzonego w niego. - Z tobą też chciałbym pogadać. - Boisz się, Rean, co? – Jeys uśmiechnął się krzywo. – Boisz się tego – podniósł do góry broń. - Nie. Może cię rozczaruję, ale nie wydaje mi się, żebym się bał.
|
|
|
<
|
Maj 2012 |
>
|
|
| Pn |
Wt |
Śr |
Cz |
Pt |
So |
N |
|
|
1
|
2
|
3
|
4
|
5
|
6
|
|
7
|
8
|
9
|
10
|
11
|
12
|
13
|
|
14
|
15
|
16
|
17
|
18
|
19
|
20
|
|
21
|
22
|
23
|
24
|
25
|
26
|
27
|
|
28
|
29
|
30
|
31
|
|
|
|
|